czwartek, 1 grudnia 2011

Złe wszechświaty

W każdej względnie uporządkowanej strukturze istnieje element chaosu. Nie ma w tym twierdzeniu nic odkrywczego i głębokiego – to jedynie proste stwierdzenie faktu, który znamy dobrze z codziennych obserwacji.

Wśród uczniów w klasie zawsze znajduje się przynajmniej jeden rozrabiaka (ostatnio jakby więcej). Wśród przykładnych pracowników zawsze znajdzie się bumelant, a wśród życzliwych kolegów prawie na pewno będzie jeden, który tylko czeka na dobry moment, by podstawić nogę, wbić nóż w plecy lub chociaż napluć do kawy. Spokojne rodziny w bloku prędzej czy później dostaną swoich awanturników, spośród tysięcy urzędników nie będzie problemu wskazać kilku, którzy uwielbiają swoją nikłą władzą zatruwać innym życie. I tak dalej, i tak dalej…

Zasada ta rozciąga się, co oczywiste, nie tylko na ludzi. Spokojne przedmieścia, uśmiechające się pięknymi ogródkami i oknami z świeżo zawieszonymi firankami, kryją w sobie przynajmniej jeden dom, nad którym ciąży fatum. Samobójstwa, rozwody, ciężkie choroby – wszyscy, którzy kiedykolwiek wprowadzili się do takiego budynku, z pozoru nie różniącego się od innych przytulnych schronień w sąsiedztwie, nieuchronnie doświadczają trosk przekraczających swoim natężeniem zwykłe troski, a swoją częstotliwością zadających kłam statystykom. Każde miasto, choćby małe i senne, skryte w niespieszności, ma swoją owianą złą sławą dzielnicę – i kiedy słychać sygnał przejeżdżających radiowozów, karetek, straży pożarnej; kiedy słychać krzyki i odgłosy bijatyk; kiedy telewizja relacjonuje różne dramatyczne wydarzenia – wiadomo, że rozegrały się właśnie tam, a kiedy jeden z obywateli miasta dopuści się występku – wiadomo, że zawsze był mieszkańcem tamtego miejsca, posłańcem jego złowieszczej atmosfery wykrzywiającej usta autochtonów w grymas zaciętej wściekłości, smutku i frustracji.

Każde państwo ma swoje miasta, w których nikt nie chce mieszkać, z których wszyscy chcą wyjechać pozostawiając za sobą ponure landszafty, w desperackiej nadziei na to, że miejsce to nie zdążyło wsiąknąć w ich skórę, w ich słowa, w ich myśli, że ubrania nie zdążyły przesiąknąć jego zapachem, a wszelkie ślady brudu jego ziemi będzie można kiedyś sprać. Na takiej samej zasadzie istnieją państwa – gdzieniegdzie na mapach politycznych znajdują się obrysy spływające krwią częściej niż inne, regiony naznaczone mocniej od pozostałych, ostatecznie – kontynenty wyraźnie odstające od reszty, dotykane częściej plagami, eksportujące, obok cennych rud, minerałów i kosztowności, wojnę, strach i choroby.

Ten absurd – lub specyficzny porządek objawiający się koniecznością istnienia źródła nieporządku – przenika nas także na poziomie naszych ciał. Nasze brzuchy zamieszkują bakterie pozwalające nam bezpiecznie żyć, ale czasami przyjmujemy w nasze wnętrze intruza, który w najlepszym wypadku każe tracić nam czas na przeżywaniu kiepskiego samopoczucia. Nasze komórki dzielą się według pewnego doskonałego, sprawdzonego wzorca – a mimo to w ciałach niektórych z nas niektóre postanawiają się podzielić nieprawidłowo, zmutować i rozpocząć rewolucję, która obalić ma głowę ich królestwa i – jak każda rewolucja – w szaleństwie śmierci unicestwić także je same.

Chaos zaczyna się zapewne jeszcze niżej – pamiętamy wszyscy zasadę nieoznaczoności Heisenberga, która jest pierwszym sygnałem, jaki szkoła przekazuje nam (cicho i nieśmiało), by powiedzieć, że nasza modlitwa do księgi absolutnych praw jest jedynie pobożnym życzeniem. Oczywiście pewna elementarna uczciwość nakazuje przypomnieć, że ten chaos nie jest aż taki zły – jedyny układ absolutnie uporządkowany, w temperaturze zera absolutnego, jest układem jak mało który nie sprzyjającym kompletnie niczemu.

Można założyć, że zasada wszechobecności nieporządku – skoro przenika wszystkie poziomy naszego istnienia, począwszy od stałych fizycznych, chemię, biologię, poprzez nasze charaktery i usposobienia, a skończywszy na socjologii i sprawach politycznych – rozciąga się jeszcze dalej. Być może w układach planetarnych znajdują się planety - łobuzy, planety - wichrzyciele dręczące swoją obecnością inne, sprowadzające nań katastrofy, zsyłające na umysły istot zamieszkujących te światy ciemne siły, złe zamiary, wypadki, koszmarne sny. Które z planet w naszym układzie słonecznym byłyby takimi klasowymi rozrabiakami? Mars – planeta gwałtowników, glob rozsmakowanych w przelewaniu krwi; ta czerwona twarz gniewu? Saturn – potężny demon, planeta boga Śani? A może Pluton – królestwo freudowskiego ID, jak sama nazwa wskazuje kosmiczna otchłań? Być może; astrolodzy z pewnością mają swoje teorie na ten temat.

Nie zatrzymujmy się jednak przy astrologach, idźmy dalej – skoro mogą istnieć złe planety, to dlaczego nie miałyby istnieć złe układy planetarne, wprowadzające zamęt w elegancką mechanikę galaktyk? A niebezpieczne gwiazdy? Dlaczego nie miałyby istnieć również złowrogie galaktyki (na przykład takie, które lubią się zderzać z innymi i nieść zagładę całym światom – czy nie znamy takich?), następnie demoniczne metagalaktyki, a ostatecznie – złe wszechświaty? Dlaczego mielibyśmy odrzucić aż taką skalę naszych przypuszczeń? Dlaczego nie możemy założyć, że spośród niezliczonych wszechświatów co najmniej kilka jest wszechświatami zdegenerowanymi, zepsutymi do szpiku kości, zwyrodniałymi, ich prawa są prawami pełnymi nonsensów i chaosu, a wszystko co z nich pochodzi – jest obrzydliwe, chorobliwe i podłe?

Brakuje nam, co oczywiste, porównania, by orzec w jakim wszechświecie funkcjonujemy. Byli już tacy, którzy uważali, że nasz świat jest najlepszym z możliwych. Pełno jest takich, którzy twierdzą, że jest wprost przeciwnie. Jednakże większość ludzi w ogóle nie zawraca sobie głowy takimi problemami. Zmagają się z nieprzewidywalnością swojego życia, usiłują zaprowadzić porządek w rozpełzające się na wszystkie strony istnienie, systematyzują swój bałagan, rysują mapy labiryntów w których przyszło im żyć i które muszą przemierzać; nic zatem dziwnego, że nie mają czasu na podobne błahostki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz