wtorek, 7 lutego 2012

Fikcje

Wszystko co chwila rozpada się; dokonuje się jakieś dziwne rozpierzchnięcie, rozmycie – idei, odpowiedzialności, celu, wspólnot. Twarze, których podstawą była spoistość i określoność granic już nie obowiązują; być może nigdy nie obowiązywały – teraz wszystko się przepoczwarza, zamienia miejscami, tu rośnie, tam karleje, naprzemiennie gęstnieje i rozrzedza. Kontury wymykają się próbom uchwycenia, lepki szlam przepływa przez palce, ale osad na rękach stał się niewyczuwalny, nie ma żadnego zapachu i właściwości.

Ta nieokreśloność, te wielostopniowe przewrotności pozbawione ironii, ta mgła słów, postaw, gestów, te piętrowe palimpsesty zamiarów, intencji, celów; to wszystko dławi, wpełza w gardło, mdli. Niestety, nawet torsje są coraz bardziej pozbawione treści.

Nikt nikogo nie reprezentuje, i nawet jeśli ktoś twierdzi, że wyraża jakąkolwiek szerszą opinię, to i tak mówi przede wszystkim w swoim własnym imieniu, ale i przede wszystkim kłamie w swoim imieniu, odkąd tylko odkryto, że to nie my stwarzamy siebie samych, tylko stwarza nas opowieść; bajki które oprawiamy w ramy luster i portretów. To wrzenie słów, deklaracji, obietnic, programów, doktryn, rezolucji, haseł; ten cały ściek, którym płyną sterty masek i szmacianych przebrań to nic innego jak rezerwuar, z którego wydobywamy co ładniejsze zdania, by sklecić z nich, bez przykładania większej wagi do spoistości, nasze historyjki. Przestajemy rozmawiać, zamiast tego prowadzimy symultaniczne monologi, w których co chwila popadamy w sprzeczność. Czasami tylko te opowiastki łączą się z innymi i właśnie wtedy komentatorzy i analitycy mają swoją pożywkę – wtedy mogą podnieść ręce w proroczym geście i powiedzieć, orzec cokolwiek, by dostać swoją porcję braw.

Klaszczemy, gdy w tym teatrzyku cieni dostrzegamy figurę przypominającą nam z jakichś powodów nasze dłonie.

To wszystko dzieje się jakby mimochodem, obok najważniejszych doświadczeń dnia codziennego – zarówno tych skutkujących lękiem przed istnieniem, jak i tych, które przynoszą nam lęk przed nieistnieniem. Być może to całe wariactwo fikcji, ten entuzjazm tworzenia swoich opowieści, jest mechanizmem zabezpieczającym nas przed odczuciem tej istotnej bezradności.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz