środa, 26 czerwca 2013

Pszczoły tonąc widzą gwiazdy

Przyciągało je zapewne podświetlenie basenu oraz intensywny błękit mozaiki, zabarwiający chłodnym falowaniem refleksów ściany domu. Musiały lgnąć do tego wielkiego, prostokątnego światła, które rozbłysło tuż pod ich domem; to światło budziło je w jakiś dziwny sposób i zmuszało do przyjrzenia się mu z bliska; nie wiedziały, że było pułapką.

Obserwuję topiącą się pszczołę, jej sklejone wodą skrzydełka. Czarny przecinek, wijący się na powierzchni błękitu. Drganie odwłoku – tak niewyraźne z mojej perspektywy – jest w gruncie rzeczy rozpaczliwą szamotaniną w przegranej walce o życie. Poruszam delikatnie dłonią, wzbudzając falę; pszczoła ląduje na betonowych płytkach okalających basen. Woda przelewa się do odpływu, a owad powoli, powoli odzyskuje samodzielność, możliwość poruszania się, po chwili jest w stanie odwrócić się, by odnóżami badać wilgotne podłoże.

Czy wabi je światło, czy jednak pragnienie? A może jedno i drugie – pragnienie światła? Woda w basenie jest trucizną, dozorca wsypał do niej kilka godzin wcześniej środek antybakteryjny, już z oddali cuchnie chlorem. Mimo to pszczoły, zbudzone w środku nocy rozbłyskiem podświetlenia, piją. Płynę spokojnie wzdłuż basenu, łagodnie wyławiam kolejne owady. Nie zdołam ocalić wszystkich, są ich dziesiątki, większość z nich już nie żyje. Wyłapuję spojrzeniem te, których drgania nie są drganiem tworzonej przeze mnie fali, a sygnałem walki o życie, po czym spycham je na beton okalający basen. Taką mam rozrywkę. Oczywiście, pojmuję absurdalność swojego wysiłku – pszczoły, które udaje mi się ocalić, po wzbiciu się w powietrze, po chwili znów lądują w wodzie, ich skrzydełka przyklejają się do lekko falującej tafli, odnóża ugniatają powietrze. Cóż za głupia recydywa. Mogę ratować je nieskończoną ilość razy, póki się utopią lub zabije je chlor. Co zrozumiałe, pszczoły nie chcą popełniać zbiorowego samobójstwa – chcą żyć, o ile pojęcie woli życia nie jest w tym wypadku moim nadużyciem. A więc odławiam te jeszcze żyjące, aby dać im szansę na ratunek lub powtórne popełnienie tego samego błędu. I jeszcze raz, i jeszcze raz – aż ich małe, mechaniczne organizmy poddadzą się śmierci.

W tej pozycji, w której się topią, ze skrzydełkami przyklejonymi do lustra wody, mogą spoglądać w górę, w gwiazdy. Tej nocy niebo jest bezchmurne, z kolejnym dniem powróci upał, który przestał spalać nas ledwie parę godzin wcześniej; ziemia oddaje szybko nadwyżkę ciepła. Sam byłem tak bardzo rozgrzany tym dniem, że kiedy wszedłem do basenu, zdawało mi się, że wraz z każdym centymetrem ciała zanurzającego się pod powierzchnię, przekraczam bramę do innego świata – świata niepojętego zimna, które oddzielone przezroczystą barierą powierzchni, broniło swojej niepodległości przed światem słońca, rozpalającego wszystko do białości. Ale to było złudzenie, woda była ciepła, to tylko moje ciało rozpalone słońcem aż po granice wyczerpania broniło się przed jej dotykiem, jak rozpalony wiarą neofita, który zstąpiwszy wśród dawnych towarzyszy swoich grzechów i przewin, wzdraga się przed słowami wspólnych wspomnień i nagabywań do nowych bezeceństw.

A wiec pszczoły tonąc widzą gwiazdy.

Kładę się na plecach, woda unosi moje ciało, mnie. Wdech – czuję, jak wypycha mnie ku górze, wydech – zapadam w już przyjemny chłód, obmywający moje policzki. Gwiazdy przetaczają się nade mną. Obok basenu rośnie drzewo, to tam pszczoły mają swoje gniazdo. Kiedy przyleciały, kiedy założyły kolonię? Jakiś czas temu obserwowałem ich intensywną pracę; to stało się nagle; po prostu pewnego dnia ujrzałem kłębiący się wokół dziupli rój pracowitych owadów. Mają tam swój dom, kilka metrów niżej odnajdują swoją zgubę.

Jak wyglądam z ich perspektywy, z perspektywy tych, które pozostały w gnieździe lub krążą wokół niego, wpatrując się w błękitny, świetlisty prostokąt, ku któremu zstępowały ich towarzyszki? Bezwładnie dryfujący czarny kształt, który unosi się i zapada w błękitnej świetlistości w miarowym rytmie oddechów. Nie muszę wykonywać żadnych ruchów, teraz po prostu dryfuję przez ten mikroskopijny ocean, przez tę pszczelą bramę w zaświaty.

Niebo jest piękne tej nocy; kolejny dzień przyniesie nieznośny upał, przed którym żaden cień nie będzie mógł dać schronienia, ale zanim to się stanie, można z perlistej masy drobnych punktów stworzyć na te parę godzin nowe gwiazdozbiory, doszukiwać się w gęstej fakturze nieba subtelnych gier odcieni, dziwnych kształtów. Wszyscy mamy swoje przerażająco piękne otchłanie - ja mam niebo, moje pszczoły mają basen. Płynę powoli wzdłuż jego krawędzi, czując co chwila dotyk twardych odwłoków. Czasami przed oczami mignie mi brzęczący kształt, zapewne zmierzający ku powierzchni. To, że w ostatniej chwili widzą to, co ja widzę przez cały czas, będąc nieodmiennie żywym, budzi poniekąd moje współczucie – w ich przedśmiertnych wizjach nie ma dla mnie żadnej tajemnicy.

Ile pszczelich ciał byłoby potrzebnych, aby wypełnić basen po same brzegi? Wyobrażam sobie tę ciemną masę, brzęczącą, wijącą się, kłębiącą w chaotycznych ruchach, masę ściśle przylegającą do ścian. Ciała pszczół pochłaniają światła basenowych lamp. Czy unosiłbym się na takiej powierzchni, czy zacząłbym się zapadać w głąb, w to czarno-żółte brzęczenie? Czy mógłbym dosięgnąć gładkiego, zimnego dna, czy zapadałbym się, tonął wśród nich bez końca?

Jutro, z samego rana, przyjdzie dozorca, niosąc siatkę o gęstych oczkach, aby odłowić pszczele truchła. Nastanie niemożliwy do zniesienia upał, po czym pod wieczór, nocą, kiedy ziemia będzie w stanie złapać oddech, cały rytuał się powtórzy – rozbłysną światła basenu, a kolejne pszczoły, wyrwane ze snu, wyruszą im na spotkanie. Także ja będę płynąć pośród nich, bawiąc się w boga, którego władza i wola są spętane ich uporem, by lgnąć w wodę, w światło, w śmierć. Bawiąc się w strażnika bramy, którego ślamazarność stawia zawsze o kilka kroków do tyłu za determinacją tych, którzy nie rozumiejąc swojego losu ślepo brną ku jego spełnieniu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz