wtorek, 9 lipca 2013

Pająk zjada pająka

W mojej łazience zadomowił się pająk. Nie wyrzuciłem go na zewnątrz, choć jestem pewien, że miałby tam lepiej niż w tym ciasnym, dusznym pomieszczeniu, do którego wpada przez dzień mało powietrza, mało światła i mało owadów. Nie wyrzuciłem go, choć w jakiś sposób brzydzi mnie – być może usiłuję w ten sposób przełamać idącą w parze z obrzydzeniem pogardę. To tylko pająk, nie szkodzi mi w niczym. Uwił swoją sieć w jednym z dolnych kątów, obok wanny. Jego gniazdo oblepiają kołtuny kurzu, zmieniając je w mgliście szaro-czarną pierzynę, która powoli zasnuwa coraz większy obszar.

Czasami, gdy dom spowija ciemność, zasypiając dostrzegam na ścianach taniec podłużnych, powolnych cieni. Nie wiem wówczas, czy to on, czy może moje przedsenne konwulsje. Czasami uzmysławiam sobie, że z sufitu zwisają długie, czarne nici – w chwilach jasności umysłu, wrzuconego w dławiącą przytomność pomiędzy godzinami snu zastanawiam się, ile czasu potrzeba, aby ta czarna masa zarosła cały mój pokój, zdławiła mnie lepkim dotykiem.

Często obserwuję mojego pająka, jego tępą, bezmyślną cierpliwość. Nieraz mógłbym przysiąc, że jest martwy – rankiem zastaję go w takiej samej pozycji jak wieczorem. Ale kiedy wracam do domu, odkrywam, że przesunął się nieznacznie lub że pajęczyna jest tymczasowo pusta, a gospodarz gdzieś wyszedł. Wówczas ostrożnie stawiam kroki, nie chcę uczynić mu krzywdy.

Niedawno obserwowałem intrygującą sytuację: sieć mojego pająka usiłował przejąć inny pająk. Usiłował przejąć czy tylko tamtędy przechodził? Długonogi kosarz nie tworzy własnych sieci, nie ma takich możliwości. Zbłądził w rejony pajęczyny budowanej z mozołem od jakiegoś czasu; być może szukając ofiary – kosarze zjadają inne pająki, są też kanibalami. Przeszacował swoje możliwości i sam stał się ofiarą. Próbował ratować się ucieczką, próbował właściwych sobie strategii jednoczesnego obłaskawiania i mylenia wroga – odrzucał swoje kończyny. Pajęczyna w kącie, obok wanny, pełna jest odrzuconych, cienkich odnóży. Nie pomogło. Kiedy wszedłem do łazienki, mój pająk niczym wytrawny smakosz, powoli spożywał swoją zdobycz. Pająk zjadający pająka, drapieżca pochłaniający drapieżcę. Kiedy brakuje owiec, wilki skaczą sobie do gardeł. Wyobraźnia sugeruje obrazy jakiegoś homeryckiego boju w wersji mikro, ale dobrze wiem, że sprawa jest o wiele bardziej trywialna i wszystko rozegrało się zapewne w ciągu kilku minut, jeżeli nie sekund. Wkrótce pająk pozbędzie się wyssanego truchła ze swojego domostwa, jakby wynosił śmieci.

Wiem, że tak zrobi, bo kiedyś, w innym mieście i w innym kraju, wrzucałem ogłuszone muchy w inną gęstą sieć rozpiętą dla odmiany pod sufitem. Jej lokator czasami usiłował uciec, zdziwiony masą sprezentowanych owadów, ale kiedy tylko pajęczyna przestawała falować, badał złożone mu w ofierze istoty i czynił z nimi to, do czego stworzyła go natura. Później zawsze znajdowałem musze truchła leżące w kącie - puste, lekkie wydmuszki. Tamten pająk rósł, przez krótki moment czułem się w jakiś sposób odpowiedzialny za niego. Aż do chwili, kiedy zdecydował, że pora szukać innego szczęścia w innym miejscu.

Czasami znajduję obok sieci inne pozostałości: wyschnięty liść, ptasie pióro, kłębek sierści, strzęp materiału, kończynę lalki. Zbieram je w dłonie, starając się nie naruszyć rosnącej konstrukcji i wyrzucam.

Czy mój łazienkowy pająk też mnie opuści, czy też zdezerteruje z mojego istnienia? Może siły instynktu, kryjącego się w jego prostym systemie nerwowym, pchną go ku otwartym, wietrznym przestrzeniom, pchną go ku większemu ryzyku. Może kolejny kosarz, który wkradłszy się do łazienki przez zawsze uchylone okno, zejdzie ku jego włościom i okaże się skuteczniejszym drapieżcą. A może zachowamy status quo i szary, miękki dywan będzie rozrastał się wzdłuż i wzwyż ścian, aż do momentu, kiedy mechanizm biologicznego zegara ulegnie zatarciu, a wskazówki będą zmuszone się zatrzymać, pokazując jakąś godzinę bez żadnego znaczenia. Nie wiem. Póki w ciężkiej aurze zmierzchu długie, powolne cienie przesuwają się po ścianie podczas godzin mojego snu, te dylematy są zupełnie nieistotne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz