wtorek, 9 grudnia 2014

Bajka o ludziach, którzy przychodzą i wychodzą

Przychodzili, zawsze z jakimś celem i pytaniem, zawsze czegoś szukając. Zdejmowali w sieni swoje buty, płaszcze zakładali na wieszaki, z jednej strony gorączkowo chcąc coś znaleźć, z drugiej – pewni długiej, pełnej wygód gościny.

Przeszukiwali bibliotekę w nadziei na znalezienie jakichś mądrości, schodzili do piwnicy, by wydobyć stamtąd jakieś skarby, o których gdzieniegdzie krążyły plotki, inni zaś instalowali się na strychu, gdyż – jak mówili – tylko tam odczuwali łączność z jakimś wyższym porządkiem. Zachwycali się na przykład dudnieniem deszczu o dach i z tego dudnienia wyciągali wnioski, dokonywali całej egzegezy deszczu, nie zadając sobie ani raz trudu otwarcia okien lub wyjścia na zewnątrz.

Zostawali na bardzo długo, dość czasu, by związać się z kimś, wydać na świat potomstwo i zestarzeć się. I przez cały ten czas poszukiwali tego nieuchwytnego czegoś, czego pragnienie odnalezienia stawało się niemożliwe do przełamania, a im dłużej trwała gościna – coraz silniejsze. Być może po prostu szukali gospodarza, który mógłby im wyjaśnić, po co ich zaprosił, jaki jest cel ich gościny, po co w ogóle zostali zaproszeni do domu.

Tylko że nigdy go nie spotkali. Pozostawał nieuchwytny – niektórzy twierdzili, że zawsze są o jeden krok za nim („w salonie ktoś powtórzył plotkę, że przed chwilą gospodarz wyszedł do kuchni, w kuchni powiedzieli mi, że podobno poszedł na strych, na strychu, że powinienem szukać w pokojach gościnnych”), inni zaś twierdzili, że spotkali się z gospodarzem, ale z ich różnych relacji nie dało się złożyć żadnego spójnego obrazu, żadnej jednej myśli, która potwierdziłaby ich słowa. Prawdopodobnie nie było nigdy żadnego gospodarza i nikt nie mógł im w ostateczny, nieodwołalny sposób wyartykułować czemu miała służyć ich gościna.

Zmęczeni, znudzeni wychodzili na mróz, zamieć i ciemność.

1 komentarz:

  1. Przepięknie napisane... old weirdman.

    OdpowiedzUsuń