środa, 26 sierpnia 2015

Powiedziałeś: przyjdź

Powiedziałeś. Powiedziałeś że. Powiedziałeś że jeżeli będę głodny, zziębnięty i pełen lęku otrzymam u ciebie schronienie. Twój szept był łagodny i kojący, jak chłodny szum wody w dzień, gdy pali słońce.

Powiedziałeś, że będziesz czekać, że choćbym był najmniejszym z najmniejszych, najpośledniejszym z najpośledniejszych, nie będziesz czynić różnicy, nie wyciągniesz na światło dzienne zeznań, faktur, dowodów. Że arkusze kalkulacyjne należy zostawić księgowym.

Czeka na ciebie ogród i jego owoce, ogień i te wszystkie momenty, gdy patrząc w taniec iskier dostrzegasz - zaczynasz dostrzegać - coś takiego jak porządek. Tak mówiłeś. A później nalegałeś:

Mów, wszystko jest istotne, wszystkiego wysłucham.

Przyznaję, zwlekałem z drogą, ociągałem się, zbaczałem ze ścieżki. Szedłem długo, może lata, może dekady. Ale szedłem, bo twój szept był łagodny, a ja czułem głód, zimno i lęk. Napędzały mnie, pchały naprzód, bym szedł do ciebie.

Dotarłem. Dotarłem po. Dotarłem po czasie tak długim, że nie jestem już w stanie podzielić go na żadne jednostki. On sam jest jednostką i oznacza zmęczenie.

Dotarłem późną nocą, pod wskazany adres, wyryty pod sklepieniem czaszki. Gdy zapominałem, wywracałem oczy białkami na świat, spoglądałem wewnątrz i wiedziałem, gdzie mniej więcej iść.

Twój dom był pusty.

Opuszczony, jakby ostatni pająk padł wieki po tym, jak padła ostatnia mucha. Ściany zimne, dawno zaciągnięte story tak przerosły kurzem, że skamieniały i nie wpuszczały choćby drobiny światła. Wszedłem bez problemu, frontowe drzwi były otwarte na oścież. Jak obiecywałeś.

Otwarte na deszcz i śnieg, zwierzęta, rośliny. Wszystko wpełzało, wrastało, dążyło ku wnętrzu, ale wewnątrz była tylko ciemność.

Pamiętam, że krzyczałem twoje imię wołałem cię wzywałem prosiłem o wskazówki.

Który pokój, które łóżko, które życie

Gdzie mogę się rozgościć, gdzie mogę nikomu nie przeszkadzać i cieszyć się tym, że mnie przyjąłeś.

Ale - dziś tak podejrzewam - ciebie nie było już dawno. Musiałeś wyjechać w interesach, w służbową podróż, a może tylko na wakacje. Rozminęliśmy się.

Może szedłem za długo, może całe życie to zbyt długo, a może to tylko pech, zbieg okoliczności rozwleczony w lata.

Czekałem, ale nie przyszedłeś. Szukałem cię, ale cię nie było. Nikogo nie było. Tylko ja i moje zmęczenie.

Gdzieś na strychu gdy padał deszcz szum jak szept jak usta w ciemności oderwane od ciała słyszałem wierząc że to ty mówisz do mnie

Z szumu lepiłem słowa i znaczenia, ale one jak napis na piachu, gdy fale

Zanikają rozpełzają nie mówią nic

Żadnej pociechy i żadnej obietnicy, tylko bełkot, głuche buczenie

Mimo to zostałem, obrawszy sobie za siedzibę jedną z izb i czekam. Nie wiem na co czy na kogo. Na ciebie aż wrócisz czy na mnie aż odważę się stąd odejść

3 komentarze:

  1. Ciekawie zapowiadający się tekst

    maszynistaGrot

    OdpowiedzUsuń
  2. Nikt nigdy i nigdzie stąd nie odejdzie. Nikt. Nigdy. Nigdzie. -Wojciech Gunia "Ziemia opętana". old weirdman

    OdpowiedzUsuń
  3. To taka impresja, choć jedno z opowiadań, które mam rozgrzebane - Dom pana Motta - będzie utrzymane w podobnym nastroju.

    OdpowiedzUsuń