niedziela, 3 grudnia 2017

Marsz

Być może maszerowaliśmy niezbyt równo. Może nasz krok był zbyt daleki od perfekcji. Być może mundury nie do końca dobrze na nas leżały (wszak munduru nie szyje się na miarę), a może nasza broń - choć śmiercionośna - nie budziła dostatecznego respektu.

Nie dość cicho był tłum, stojący gęsto wzdłuż szerokiej ulicy, którą prowadziliśmy nasz triumfalny marsz. Słychać było, jak gadają o zakupach, wizytach u lekarza, kłopotach w pracy, ostatnim odcinku serialu i wynikach sportowych z weekendu. O dzieciach, o zdradach, rachunkach, chorobach, jak żartują i pomstują, jak ziewają. Od czasu do czasu ktoś spluwał.

Ulica była długa, a marsz trwał, idąc (i szedł, trwając). Nasze twarze, maski triumfu i buty, zaczęły szarzeć. Ktoś w końcu powiedział, że być może nasz krok nigdy nie będzie dość równy, nasze mundury nigdy nie będą dość pięknie leżeć, a broń może i wzbudzi na chwilę strach, ale przecież do strachu ludzie potrafią się przyzwyczaić i po pewnym czasie przestają go dostrzegać. Staje się wtedy częścią życia, jak oddychanie, jak radość i smutek. "Nigdy nie zdobędziemy tego miasta" - ktoś rzucił. "Choćbyśmy je zrównali z ziemią, a mieszkańców wymordowali, nigdy nie zdobędziemy tego miasta".

Być może miał rację. Po naszej stronie była wprawdzie przemoc i cały jej potencjał, ale po ich - pogarda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz