czwartek, 11 czerwca 2020

Niż koniec świata

Jak mógłby wyglądać koniec świata? Być może mógłby wyglądać jak bezczynnie stojący za ladą sprzedawca w stojącym na uboczu sklepie, do którego nikt już nie zagląda. Albo jak błąkający się po lesie człowiek; krążący wśród drzew, jakby mogły mu one coś doradzić, podpowiedzieć. Jak ktoś stojący w zepsutym samochodzie na poboczu nie uczęszczanej drogi. Jak wszyscy ludzie, którzy zapomnieli słów albo śmiałości, by je wypowiedzieć, jakby się bali, że mówiąc spowodują kataklizm gorszy niż koniec świata.

A może jak sufit w kolejną bezsenną noc, jak wyludnione miasto, jak pusty pokój. Jak beton zalewający pastwisko, jak niedokończony dom, jak niedoistnienie. Jak rzeczy, sprawy i miejsca, których nie da się porzucić, z których nie można zrezygnować, od których nie da się uciec i o których nie da się zapomnieć, żeby nie spowodować kataklizmu znacznie gorszego niż koniec świata.

Przy końcu świata nie będzie przecież głośno, nie będzie słów ani wrzasków. Będzie tylko szum drzew, wiatr. Może to dobrze. Cokolwiek innego niż cisza byłoby kataklizmem znacznie, znacznie gorszym niż koniec świata.

niedziela, 31 maja 2020

Echo

Powiedziała mi kiedyś, że chciałaby usłyszeć echo Wielkiego Wybuchu. Choć trochę poczuć ten pierwszy huk, o ile był wówczas jakiś huk. Nadstawić uszu - powiedziała - wniknąć w świat, żeby to usłyszeć, to już chyba niemożliwe. Najpotężniejszy odgłos w dziejach Wszechświata może mknie jeszcze, poszerzając jego granice, ale my już go nie dosięgniemy. Nie poczujemy tej mocy. Mikrofalowe promieniowanie tła to przecież zupełna abstrakcja.

Mówię, nadstaw uszu. Posłuchaj, jak płacze dziecko. Posłuchaj, jak wyje pies. Nocą wsłuchaj się w ciemność, w pijackie krzyki, w telewizji posłuchaj głosów ludzi z terenów ogarniętych wojną, pogorzelców, powodzian, posłuchaj ciężkich oddechów ludzi samotnych, nieszczęśliwie zakochanych, wsłuchaj się w kaszel chorego na raka płuc, w pulsujący dźwięk respiratora, w karetkę pogotowia, w żałobną pieśń. W głos matki, która musi pochować swoje dziecko, w głos dziecka, które grzebie swoich rodziców.

We wrzaski tłumu, w awanturę w sąsiednim mieszkaniu. W pisk hamulców zakończony głuchym dźwiękiem uderzenia.

Albo w milczenie tych, dla których żaden dźwięk nie jest adekwatny. Tych, którzy nie mają własnego języka, więc mogą tylko milczeć.

Ale też w szum drzew, w deszcz, w morze albo rzekę, w wiatr w górach. One wszystkie tak bardzo się między sobą różnią, są tak inne, a przecież pochodzą z jednego źródła.

Tam wszędzie usłyszysz echo pierwszego, Wielkiego Wybuchu.

piątek, 29 maja 2020

Ćwiczenia w milczeniu

Ćwiczę się w milczeniu, usiłuję znaleźć najlepszą jego metodę. To trochę jak zawody: ile udźwigniesz zdarzeń i ludzi, zanim zaczniesz krzyczeć. To trochę jak zabawa w zapychanie dziur w nieszczelnym batyskafie: ile batyskaf zniesie ciśnienia, ile ciśnienia zniosą palce, plastelina, cement czy kit, zanim woda je pokona i uwolni ze środka całe powietrze. Taki, można powiedzieć, sport. Być może tak do tego trzeba podejść.

Jest całkiem sporo dobrych metod milczenia, warto wypróbować te mniej trywialne niż pospolite trzymanie gęby na kłódkę. Jedną z najlepszych są słowa; o tak, słowa mogą pomieścić bardzo dużo milczenia. Milczenie słowami stwarza wielkie możliwości: zagadywanie nie na temat albo nakładanie na słowa kagańca (albo deformującego makijażu) mętnych metafor. Prawdziwe pole do popisu dla kreatywności.

Jeśli jest to sport, jeśli tak do tego trzeba podejść, to jednak trzeba przyznać, że jest dość paradoksalny: wszelka skuteczność w nim jest napędzana wewnętrznym, podświadomym pragnieniem niepowowodzenia. Tak, jakby ciężarowiec pragnął ulec sztandze, jakby nurek w batyskafie nie mógł doczekać się wody. Być może jest tak dlatego, że gry w milczenie nie da się wygrać: klęska jest porażką, to oczywiste, ale porażką zawsze – przede wszystkim – będzie sukces.

Jedyne, co pozostaje, to dalej się ćwiczyć.

piątek, 17 stycznia 2020

Dom wszystkich snów

22 maja ukaże się, nakładem Wydawnictwa Literate, moja czwarta książka, Dom wszystkich snów, którą już tu chyba nieśmiało zapowiadałem. W końcu słowo stało się (staje) ciałem. Będzie to pod względem rozmiarów największa książka mojego autorstwa, ale - mam nadzieję - mimo tych 400 stron, udało się uniknąć lania wody. W związku z zamknięciem prac redakcyjnych, zaktualizowałem wykaz utworów na podstronie.

poniedziałek, 7 października 2019

O krwi

Bardzo długo gryzłem się w język i bardzo mocno. Teraz krew w każdym słowie.

A przecież – uczono mnie – trzeba uregulować koryto, którym płynie ta rzeka, trzeba postawić betonowe płyty na brzegach, by strumień był wartki i przejrzysty. Więc nauczyłem się mówić tak, żeby w tym czerwonym bulgotaniu, w tym mieleniu zmasakrowanego języka obijającego się o poczerniałe od skrzepów zęby i wargi, dało się rozpoznać słowa.

I to jest właśnie to, co wszyscy słyszą: słowa.

Więc mówią: to nic innego niż słowa. Jak bańki mydlane: nie zostaje po nich nic.

A ja mówię: to nic innego niż krew. Zostaje po niej brunatniejący ślad, czasami czarna grudka, czasami zapach żelaza.

O technice, o pisaniu

Czasami zdarza się, że ktoś zapyta mnie o „sprawy warsztatowe” związane z pisaniem albo robieniem zdjęć. Czuję się wówczas bardzo dziwnie, tak jakbym próbując objaśnić dlaczego (i jak) coś zrobiłem, trafiał na mur: rzeczy, które mówię nie odnoszą się do istoty tego, o czym chciałbym powiedzieć.

Rozmowa o zdjęciach najbardziej to uwidacznia, ponieważ o wiele szybciej schodzi na sprawy czysto techniczne. Mówimy o ekspozycji, prędkości migawki, ogniskowej, ISO, temperaturze, kompozycji kadru itd. tak jakby to dziwaczne wrażenie, które mam gdy na coś patrzę i które zmusza mnie do zrobienia zdjęcia i próby wydobycia istoty tego wrażenia w procesie obróbki dało zamknąć się w szeregu pojęć rozpisanych przy pomocy wartości liczbowych, ponieważ fotografia w swoim wymiarze technicznym to w zasadzie czysta matematyka. A tak przecież nie jest, a przynajmniej nie do końca: próbuję wyartykułować jakąś myśl i kluczę, meandruję, ślizgam się po temacie, ale nie potrafię powiedzieć dlaczego uważam jakieś zdjęcie za udane albo dlaczego coś w nim do mnie przemawia (nawet jeśli technicznie nie jest całkiem poprawne). Tekstura? Plastyka? Ale dlaczego taka tekstura, dlaczego taka plastyka? Im mocniej próbuję powiedzieć o czymś, co jest we mnie, co powstaje we mnie gdy na coś patrzę, tym bardziej ten przedmiot mi umyka.

Podobnie jest z pisaniem. Niewiele rzeczy tak mnie denerwuje jak idea „kreatywnego pisania” (pomijam już absurdalność tego sformułowania, bo to temat na osobny tekst), w której jest coś ze sprowadzania literatury do poziomu algorytmów, których użycie na czytelniku przynosi określone efekty. Mogę myśleć i mówić o ideach, o sądach zawartych w tekście, o postawionych w nim pytaniach, mogę rozmawiać o światopoglądzie pisarza i próbować ustosunkować się do tego, co chciał mi powiedzieć, mogę odnieść się do jego wrażliwości, ale kiedy rozmowa schodzi na temat kuchni, zaczynam czuć, że tak naprawdę tracimy coś, co jest sednem całej sprawy. Że to, co jest w niej najważniejsze (o wiele ważniejsze – jak sądzę – od komfortowego zabijania czasu) zostaje obudowane murem ze słów albo zepchnięte gdzieś na margines.

Wydaje mi się zresztą (może tylko się wydaje – nie upieram się), że jest to pewna poznawcza i emocjonalna krzywda, którą wyrządza nam literatura typowo rozrywkowa. Chcemy być wodzeni za nos, oczekujemy zaskoczenia, pragniemy immersji (modne słowo) i zagadki, którą rozwiążemy z bohaterem. Żądamy przygody. Chcemy miło spędzić czas, odprężyć się. Jest w tym ukierunkowaniu na własną, doraźną korzyść jednoczesne zamknięcie na coś, co tak naprawdę w czytaniu jest najpiękniejsze: dialog i otwarcie się na innego człowieka, na jego wrażliwość i doświadczenie, które popchnęły go do pisania.

Daje się to zauważyć podczas czytania znakomitej większości internetowych recenzji. Na ogół można je sprowadzić do sformułowań takich jak „bawiłem się dobrze/źle”, „porwało mnie/nie porwało”, „było fajne / było nudne”, „fajna / niefajna historia”. I pewnie ta redukcja jest możliwa właśnie dlatego, że często tego typu książki nic ponad to nie oferują: nawet nic, z czym można byłoby się nie zgodzić. Ale to tylko jeden wymiar problemu. Drugim jest odbiorca, dla którego wszystko zostaje sprowadzone do skutecznej albo nieskutecznej realizacji algorytmów frajdy, która może jest przyjemna, ale jednak dość prymitywna.

To podejście okalecza wrażliwość: czytam później opinie o różnych książkach, na przykład „Lodzie” Anny Kavan i nie dostrzegam żadnego zdania o tym, jak w tej powieści zamknęło się jakieś paraliżujące, straszliwe doświadczenie egzystencjalne (Utrata dwójki dzieci? Wojna? Uzależnienie od heroiny?), które potrzebowało tak dziwacznej formy, by zostać wyartykułowane. Widzę natomiast opinie typu: „bełkot”, „bez sensu”, „szkoda czasu”. Rzecz niewspółczesna, napisana bez wykorzystania narzędzi realizacji zabawy, napisana – jak sądzę – bez ukierunkowania na komfort odbiorcy zostaje odrzucona. Tak dokonuje się coś przygnębiającego: ludzkie doświadczenie trafia do emocjonalnego kosza. Nie potrzeba go, nie widać go. A przecież najlepiej ujął to Cioran, zadając pytanie o to, ile jest warta literatura inna niż ta, którą człowiek pisze, żeby nie musiał wyć (cytuję bardzo niedokładnie, bo nie mam książki przy sobie).

czwartek, 4 kwietnia 2019

Piach

Uwierają mnie słowa, których nie wypowiadam, a jeszcze bardziej uwierają mnie słowa, których wypowiedzieć nie potrafię. Ale jednak najbardziej te, które wypluwam. Ćwiczę się w tej trudnej, być może beznadziejnej sztuce; im większą osiągam sprawność, tym mniej potrafię powiedzieć – bardziej rozumiem to, czego powiedzieć się nie da. Być może bardziej widzę słowa jako piach, który wysypuje się z ust, choć wewnątrz, we własnej ciemności, było możliwe wznoszenie z niego różnych konstrukcji, odkrywanie w nim różnych rzeczy, odnajdywanie źródeł. Ale na zewnątrz jest tylko piach posklejany w grudy zdań, coraz więcej piachu, który z czasem rozsypuje się z wiatrem i zaczyna formować wydmy.

A zatem być może zostaje ćwiczenie się milczeniu.

Nic do powiedzenia, co byłoby warte wypowiedzenia. Nic do powiedzenia, co byłoby warte wysłuchania. Jak piach – jak pustynia. Mówienie, jak martwota.

piątek, 28 grudnia 2018

Niewypowiedziane, niewydarzone

Obok grobowca, w którym spoczywają moi dziadkowie i siostry, znajduje się mały, bezimienny grób dziecka. Jest tam odkąd pamiętam, to znaczy pojawił się jeszcze zanim zacząłem świadomie odbierać otoczenie, w którym się znajduję. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wisiała na nim jakakolwiek tabliczka.

Wokół mojego rodzinnego grobowca jest dużo dziecięcych grobów, na ogół noworodków zmarłych wkrótce po porodzie albo dzieci, które nie przetrwały pierwszego roku życia. Mają imiona i daty, znaczące czas ich pobytu. Ten jeden grób, jakby przytulony do naszego, oddzielony ledwie warstwą betonu, nie ma żadnych oznaczeń, żadnych słów.

Pamiętam, że kiedy jeszcze byłem mały, od czasu do czasu na grobie ktoś kładł kwiat, czasami zapalał znicz. Te gesty pamięci stawały się chyba coraz rzadsze, podobnie jak gesty pośmiertnej troski, aż w końcu metalowe obramowanie, przeżarte rdzą, niemal całkiem się rozpadło. Mój ojciec zbudował więc prosty płotek, aby jakoś oznaczyć ten maleńki grób, który już zdążył niemal całkiem zrównać się z ziemią wokół. Być może sprawę mogłoby wyjaśnić dokładniejsze badanie, kwerenda w rejestrze pochówków. Być może udałoby się tam znaleźć jakieś nie mówiące nic imię i nazwisko i przypisać je do tego kawałka ziemi. Ale co dalej, co więcej?

Zazwyczaj myślimy o życiu jako o opowieści, o jakiejś historii. Ma swojego bohatera, początek, rozwinięcie i koniec, ma jakieś punkty kulminacyjne, wątki i postaci poboczne. Tak porządkuje się chaos zdarzeń, tak maskuje się przypadkowość. Ale co powiedzieć o życiu, które jest brakiem opowieści, brakiem historii, brakiem postaci? Co pomyśleć o takiej nie-historii, o zanikającym echu nigdy nie wypowiedzianych słów? Co pomyśleć o takiej chwilowej fluktuacji chaosu, o powidoku po świetle, które zgasło, zanim można było je świadomie dostrzec?

Co się stało z ludźmi, którzy przestali dbać o ten grób, dlaczego przestali dbać? Czy wyjechali, żeby uciec, czy umarli, czy zapomnieli, czy może nigdy nie było to dla nich ważne? Nie znajduję żadnego punktu zaczepienia dla domniemań o historii, która nie wydarzyła się na długo przed tym, jak zacząłem świadomie postrzegać świat. A jednak echo tego niewypowiedzenia uwiera mnie za każdym razem, kiedy tam się znajdę.

Potem o nim zapominam.

piątek, 2 marca 2018

Porcja ogłoszeń parafialnych

Moi drodzy,

Tak się złożyło, że wyczerpał się pierwszy nakład Miasta i rzeki. Dodruk jest już w drodze. Tymczasem o książce wypowiedzieli się:
Niekoniecznie jasno pisane - Marcin Knyszyński
Podwieczorek u Morfeusza - Beniamin Religa
Zupełnie inna opowieść - Przemysław Poznański

Oprócz tego wypowiedziałem parę zdań w rozmowie z Kosmą Mitraszewskim na blogu Czytam Wiec Jestem

Prace nad Merkuriuszem trwają. Nad Domem wszystkich snów też. I nad Songs of a Dead Dreamer też.

sobota, 6 stycznia 2018

Miasto i rzeka / Droga zjednoczenia

Poniżej dwa kawałki z nowel, które właśnie przychodzą na świat w drukarni, nakładem Wydawnictwa Dom Horroru:

Miasto i rzeka

Maszerowaliśmy w milczeniu, pokonując zacinającą ulewę. Nie mogłem pozbyć się z myśli widoku ciała mojej ofiary, płynącego rzeką. Weszliśmy w wąskie, pnące się w górę uliczki, by wreszcie dojść do bramy jednej z kamienic. Mój przewodnik wyjął z kieszeni klucz i otworzył drzwi, weszliśmy w ciemną, zapleśniałą sień, a następnie zeszliśmy do piwnicy. Znów przemierzaliśmy długie korytarze, wielkie, dawno opuszczone składy i dziwne pomieszczenia. Gdzieniegdzie dało się zauważyć wyburzone mury, przebite ściany, przez które wiodła ścieżka.
- Najprościej dostać się do Kościoła właśnie z piwnicy – powiedział mężczyzna. To nie jest żadna szczególna piwnica, po prostu mieszkam w tym budynku. Owszem, czasami można przedostać się na podwórze kościelne, ale do środka… dostanie się pan tylko tak. Niektóre kamienice mają przejścia.

Szliśmy, aż nagle, w jednej z piwnicznych komór, zobaczyłem grupę nędzarzy, siedzących wokół ogniska, którego słaby, żółty płomień rozświetlał upiorną łuną ich zmizerowane, chore twarze, wysysał tlen i sprowadzał na to miejsce atmosferę febrycznej duszności.
- No i już prawie jesteśmy – powiedział mężczyzna. Za chwilę zrobi się tu tłoczno.
Po chwili przeciskaliśmy się korytarzami i salami, w których było coraz więcej ludzi. Złachmanieni, brudni, starzy - pojękiwali, rozmawiali bełkotliwie lub siedzieli w bezruchu. Niektórzy z nich trzymali w rękach szczególne przedmioty – zabawki, narzędzia kuchenne, zdjęcia, drobne przedmioty codziennego użytku. Ścisnąłem samochodzik trzymany w kieszeni.

Minęliśmy skupisko i wysokimi, krętymi schodami wiodącymi w górę weszliśmy do olbrzymiej nawy starego kościoła. Wnętrze rozświetlały strzępy świateł z płonących gdzieniegdzie małych ognisk, przy których ogrzewali się bezdomni. Wszystkie pozostałe sprzęty – resztki ław, stalle, ambona – było zniszczone, przykryte grubą warstwą kurzu i pleśni. Ołtarz niknął w zupełnych ciemnościach, jakby ziała tam tylko kosmiczna, niezmierzona czerń. Szczątki świeczników, rzeźb, zarośnięte niegdyś wspaniałe obrazy – wszystko składało się na atmosferę rujnacji i zapomnienia, w jaką popadła ta niegdyś świetna, pyszna budowla. Zasiedliśmy w jednej ze zniszczonych ław. Wysoki strop świątyni zanikał w ciemnościach.

- Kiedy kamień wpada do wody, zostają przez jakiś czas kręgi na powierzchni, choć samego kamienia już nie ma – jest poniżej, nie istnieje już dla naszego świata. Istnieją dla nas jeszcze przez chwilę te fale – zaczął mówić mężczyzna. I te nasze budowle, które zostają po nas, nasze miasta, które odumieramy… to wszystko są kręgi na wodzie. Ślady na śniegu po kimś, kto już przeszedł i kogo pochłonęła zamieć. Przychodzę tu zawsze, gdy chcę sobie o tym przypomnieć, kiedy chcę to poczuć.
- Co to za ludzie?
- To jeszcze pan nie wie? To są wszystko przyjezdni, pacjenci Doktora. Ludzie, którzy utracili i nigdy nie pogodzili się z tą utratą. Ludzie, którzy żyją mrzonką, że można zawrócić kijem rzekę. I pan stanie się niebawem jednym z nich.
Milczałem.
- Kiedy byłem już dość starym człowiekiem, w wypadku samochodowym zginęła moja córka i jej nowo narodzone dziecko – powiedział nagle głuchym głosem. - Akcja ratunkowa okazała się nieskuteczna. Moja córka zmarła mimo reanimacji. Śniłem później, że przyjeżdżam do szpitala, powiadomiony o nieszczęściu, ale w szpitalu jest ciemno, nikogo nie ma, jest wymarły, umarły, pusty… jedynie słabe światła majaczące na końcu długich korytarzy. W końcu natrafiam, po beznadziejnej tułaczce po opustoszałym labiryncie, na jakąś pielęgniarkę i pytam ją o ofiary wypadku, przewiezione do tego szpitala. „Operują ją” – mówi z półprzymkniętymi od snu powiekami, wskazując ręką na jakąś daleką część szpitala. Więc pędzę tam, przedzierając się przez sale pełne pustych łóżek, przebijam się przez wiszące między łóżkami prześcieradła, przeskakuję przez zbrukane krwią i odorem śmierci materace, przez siatki, druty, taśmy zalepiające korytarze niczym pajęczyna. Aż wreszcie docieram w korytarz, na końcu którego, za drzwiami pali się światło. Sala operacyjna – informuje mnie napis nad tym rozjaśnionym pomieszczeniem, odciętym od przepełnionej śmiercią ciemności, przez jaką musiałem przejść. Czerwona lampa rozpalona obok napisu wskazuje mi jednoznacznie, że w środku trwa zabieg. I to czerwone światło zalewa wszystko, także mnie samego. I czekam. Czekam, czując przenikliwe zimno, czując obezwładniającą senność stowarzyszoną ze świadomością, że jeżeli zasnę w tym śnie, to już nigdy nie zobaczę córki. Aż wreszcie z sali wychodzi doktor. Jego fartuch jest ubrudzony krwią i… ziemią. Niesie coś w rękach, odzianych jeszcze w rękawice, na których zaschły ślady… po operacji. Podchodzę do niego, przepełniony zgrozą, bólem, ale i nadzieją. A on… podaje mi to, co trzyma – zasadzoną w doniczce roślinę.
- Tyle mogliśmy zrobić – mówi przez maskę. Zebraliśmy całe życie, jakie w niej zostało i przełożyliśmy w bardziej odpowiednie naczynie. Niedługo powinna zakwitnąć.

Droga zjednoczenia

Zaut przerwał, łapiąc oddech. Mówił cicho i musiałem przysunąć się bliżej. Dopiero wtedy poczułem przykrą woń, będącą połączeniem zapachu potu, chemii, choroby i starości.
- Metoda zakładała kilka stopni medytacji: przygotowanie, medytację symboli i identyfikację, medytację tekstów, medytację kultu i „uświęcenie”, medytację „ja”, medytację przeczuwanych własności oraz aspektów siły twórczej i wreszcie medytację zjednoczenia.

Przygotowanie oznaczało głównie ćwiczenia oddechowe. To ich urzeczywistnienie miało zapewnić gotowość ciała do bierności, odseparowanie jaźni od odruchów ciała. Następnie przystępowano do medytacji symboli: człowiek pogrążony w transie poddaje się bezwiednie sugestiom przewodnika-hierofanta, który ewokuje w nim kolejne miejsca do odwiedzenia: adept, powtarzając słowa prowadzącego, ma wyobrazić sobie, że opuszcza pokój, w którym się znajduje i wychodzi na otwartą, pustą przestrzeń, pozbawioną jakichkolwiek charakterystycznych punktów. Może być to nieskończenie rozległa pustać albo równia, otoczona ze wszystkich stron odległym łańcuchem górskim. Medytujący kontempluje przytłaczający ogrom, obezwładniającą jałowość krajobrazu, jego nienasyconą przestrzeń, w której rozpraszają się jakiekolwiek barwy i kształty. Następnie adept wyobraża sobie własny marsz przez tę potężną równinę, przeżywa własne, nieskończone dążenie przez bezkres. Ale w centrum tego bezkresu jest kaplica – prosta, sześcienna bryła, powiększająca się z każdym kolejnym krokiem adepta. Zrazu mała, niczym ziarnko piasku na nieskazitelnej bieli, wyrasta powoli w gmach kosmiczny, z jednym tylko wejściem, potężnym prostokątem czerni. Hierofant mówi: ci, którzy wznieśli ten gmach kosmiczny, byli szaleni. Ci, którzy wznieśli ten gmach kosmiczny, już dawno pomarli. Zostawili tylko to: monument klęski, zasklepienie ciemności, obszar katastrofy.

Na słowo prowadzącego człowiek przemierzający pustkę musi wejść w ten gmach, musi wyobrazić sobie niebotyczność ścian, które wcześniej zdawały się ziarnkiem piasku wobec bezmiaru, musi wyobrazić sobie, że ten gmach mieści w sobie wszystkich, których od początku samego nosiła, nosi i będzie nosić Ziemia i wszystkie inne światy, że mieści ich w sobie i daje schronienie przed tą traumą ogromu, przed trwogą bezkresu, jaka teraz wypełnia także jego samego.

Albowiem – tłumaczy przewodnik poprzez serię szeptanych sugestii, obrazów i metafor – żywi znajdują schronienie przed ogromem właśnie w obszarze katastrofy, w domenie klęski i rozczarowania. One sprawiają, że zaczynają rozumieć ten bezkres, ten ogrom, w którym – wydawało by się – nie ma nic do rozumienia, nie ma nic do poznania, nie ma żadnego miejsca, w które można się udać, gdyż nie istnieje w nim żadna topografia, poza umiejscowieniem kosmicznego gmachu – gmachu kosmicznej przegranej – w samym centrum. A zatem w samym sercu ogromu znajduje się rejon klęski i to właśnie w nim należy szukać wiedzy.

Zaut zamilkł. Oddychał teraz płytko i szybko, a ja obserwowałem, czy nie dzieje się z nim coś niepokojącego. Po chwili podjął wątek:
- Następnie adept wstępuje do tej monstrualnej, ale jednak znikomej wobec otoczenia kaplicy, do tego ciemnego sarkofagu, w którym kryją się wszyscy, których nosił, nosi i będzie nosić świat. Hierofant nakazuje adeptowi wyobrazić sobie, że ci ludzie śpią, od bardzo dawna, od tak dawna, że ich ciała wydają się skamieniałe. Leżą niczym figury na sarkofagach, bez oddechu, bez świadomości. Poukładani jedni na drugich, spiętrzeni w piramidy ciał.

Adept ma przejść pośród tych gór cielesnych, środkiem tego monstrualnego gmachu, aż natrafia po długim marszu na wielki lej w posadzce – opadającą pionowo bezdnię. Hierofant przekonuje go, że próbą jest skok, przełamanie lęku przed ciemnością. Musi sobie więc wyobrazić, że skacze, że zanurza się w ciemność, daje jej objąć i porwać.

A potem, po serii szeptów i sugestii opisujących lot w dół, przewodnik przywraca nagle adepta przed wyjście z Gmachu; to samo, którym ten uprzednio dostał się do środka.

Medytujący – albo raczej uwewnętrzniający, bo to raczej uwewnętrznienie niż medytacja – wychodzi z kaplicy, z gmachu kosmicznego, wprost na bezkres równiny. Ale teraz widzi zmianę, jaka zaszła: na wschodzie, znad dalekiego łańcucha górskiego, wyłania się czarna tarcza słońca – a wraz z nią dokonuje się zaciemnienie bezkresu. Czarne światło oblewa równinę i dopiero teraz, kiedy wszystko zmierza ku czerni, wyodrębniają się na niej kształty i sylwetki: całe miasta, wymarłe budowle wszystkich czasów, tak jak ze wszystkich czasów pochodzili ludzie uśpieni w gmachu.

Oto było ich wybawienie: monument klęski, zasklepienie ciemności, obszar katastrofy.

Ale teraz wschodzi czarne słońce: ciemność zalewa bezkres i nadaje mu kształt. Rzeczy tego świata z jasności wypalającej aż po biel wyodrębnia tylko ich cień. I ten cień rośnie, pęcznieje, kwitnie, coraz bardziej obficie z każdą chwilą.

Hierofant sugeruje adeptowi wyobrażenie wędrówki tego źródła czerni przez nieboskłon: wyodrębnianie kształtów poprzez zacienienie, aż po czarny zenit, gdy biel potężnej równiny przedzierzga się w niemal własne przeciwieństwo, i czarnego słońca wędrówkę na zachód, gdy kształty z wolna zaczynają przyoblekać się w oślepiającą białość.

To jest dopiero etap medytacji symboli; utrwalany powtarzaniem. Potem następuje medytacja tekstów: tekstów świętych i heretyckich, niskich i wzniosłych, precyzyjnych i wykwitów bełkotu. Zestawy symboli, zestroje rytmu, melodie słów. Znaczenia i ich kontrapunkty, archetypy i metafory… A to wszystko jest – można powiedzieć – wstępna diagnostyka. Początek, który pozwala się przygotować, ale jest też narzędziem oceny. Zwłaszcza medytacje, których przedmiotem stają się hasła, słowa, jakiekolwiek znaczeniowo nie tyle puste, co pojemne obiekty, w które można wlać własne…

Zaut przerwał. Był wyczerpany. Oddychając ciężko, opadł na oparcie. Laska wysunęła się z dłoni i upadła bezdźwięcznie na dywan. Poderwałem się, pełen obaw. Ale Zaut oddychał. Z jego ślepych oczu ciekły łzy.