wtorek, 18 lipca 2017

Obumieranie ciekawości

Wydaje mi się, że straciliśmy – jako ludzie – ciekawość.

Mam wśród znajomych, dalszych i bliższych, osoby o krańcowo różnych poglądach. Od katolicko-narodowych po skrajnie lewicowe. Radykalnych pro-life z jednej i antynatalistów z drugiej. Sam oczywiście mam swój paradygmat, ale – jak sięgam pamięcią – nigdy nie miałem problemu, żeby rozmawiać, ba, przyjaźnić się z osobami, które znajdowały się „po drugiej stronie barykady”.

Niezależnie od tego, w jaką stronę dryfowały moje poglądy, zawsze interesowało mnie to, dlaczego ludzie myślą tak, jak myślą. Co sprawia, że wyrażają takie sądy, a nie inne. Jakie warunki spowodowały, że ich postrzeganie świata obrało taki, a nie inny kierunek. Jest to o tyle przydatne, że jeśli nauczy się rozpoznawać w innych ludziach źródła ich przekonań (bo wcale nie wybieramy sobie swoich poglądów), to wówczas lepiej rozumie się też źródła swoich własnych. To jest moment, kiedy zagląda się za kulisy ideologicznego spektaklu i odkrywa się pod kostiumami postaci scenicznych rzeczywiste osoby (przepraszam, byty – nie ma czegoś takiego jak osoba) ludzkie – aktorów wciśniętych w role. A takimi aktorami jesteśmy przecież wszyscy.

Wydaje mi się, że im mniej w człowieku ciekawości, im mniej dociekliwości, tym więcej w nim pogardy i tym samym skłonności do okrucieństwa. Ostatecznie, drapieżcy z reguły nie roztrząsają istoty swoich ofiar. Piszę to, ponieważ pomyślałem sobie, że coraz łatwiej przychodzi nam posługiwanie się językiem, który ciekawość i dociekliwość zabija. Ciekawość i dociekliwość obumierają w nas z każdym rzuconym w dyskusji „lewactwem” i „brunatnym bydłem”, „pedalstwem” i „kołtuństwem”, „moralną zgnilizną” i „ciemnogrodem” czy „moherem”, „szKODnikiem” i „UBywatelem” czy „PiSdą” (i tak dalej, sami wiecie). Ciekawość znika z każdym słowem, które drugiemu człowiekowi przyprawia gębę i pozwala zamknąć w szufladce, a wizję świata czyni spójną i klarowną. Te słowa, wbrew pozorom, nie niosą ze sobą pogardy w sposób bezpośredni. One pogardę indukują, ponieważ unieważniają pytania o ludzkie motywacje, tym samym redukując podmiotowość określanych nimi ludzi. Ale nie tylko dlatego. Niosą już w sobie gotową odpowiedź. Słowa, w których ukryte jest pytanie (ale nie poznawcze, lecz oskarżycielskie) oraz dowód i wyrok.

Tragizm sytuacji polega chyba na tym, że taki język jest wszystkim na rękę. Język, który scala w sobie pytania i odpowiedzi, jest bardzo praktyczny. W sytuacji, gdy trzeba (chce się) konsolidować zbiorowość, gdy trzeba (chce się) walczyć o uwagę, czy w ogóle w jakimkolwiek działaniu, które do zaistnienia potrzebuje jakiejś Wielkiej Różnicy, dzielenie włosa na czworo i empatia wobec wroga nie są najlepszą taktyką. Przyznanie, że podlega się takim samym mechanizmom jak adwersarze (różnica jest jedynie w charakterze i źródle manipulacji) wybija z ręki koronny argument, jakim jest Prawda (koniecznie z dużej litery). Najlepiej ujął to chyba Francis Ponge w eseju „My creative metod”, mówiąc:

Ani trochę nie jestem przekonany do słuszności słów, jakie zdarza mi się wypowiadać podczas dyskusji. Wypowiedzi przeciwne niemal zawsze wydają mi się równie prawomocne, a ściślej - ani bardziej ani mniej prawomocne. Łatwo mnie przekonać, łatwo zbić mnie z tropu. Gdy mówię, że łatwo mnie przekonać, to nie tyle do jakiejś prawdy, ile do kruchości mojej własnej opinii. Co więcej, wartość jakiejś idei rozpoznaję najczęściej po zapale, z jakim się ją przedstawia: im większy zapał, tym mniej wartościowa idea - i odwrotnie. Tonem przekonania mówimy, jak mi się zdaje, po to, by przekonać zarówno samych siebie, jak i przekonać interlokutora, a może wręcz po to, by zastąpić samo przekonanie, zastąpić poniekąd prawdę, której brak wypowiadanym słowom.


Czy tylko przekonanie, czy już Prawda – nie ma już aż tak dużego znaczenia. Ci, którzy są w nie wyposażeni, nie potrzebują już żadnej ciekawości. Wystarcza im broń i dobre okopy. Język pewności jest bowiem językiem wojny.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Kamienica panny Kluk (Damian Zdanowicz)

Choć z racji pewnej, nazwijmy to, etyki zawodowej, nie piszę nic o konkretnych twórcach współczesnego horroru literackiego w Polsce, tym razem muszę zrobić wyjątek.

W czerwcu, razem z kolejnym numerem „OkoLicy Strachu”, premierę będzie mieć Kamienica panny Kluk, debiutancki zbiór opowiadań Damiana Zdanowicza. Damian dostał szansę w ramach nowego projektu wydawniczego niezmordowanego Sebastiana Sokołowskiego, z czego bardzo się cieszę, z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze i najważniejsze, zupełnie poważnie i szczerze uważam Damiana – którego prace już zdążyłem poznać – za najbardziej utalentowanego twórcę literatury grozy młodej generacji. Nie dość tego. Uważam Damiana za jednego z najzdolniejszych twórców literackiego horroru w Polsce w ogóle, już teraz. Do takiej opinii w pełni uprawnia mnie znajomość tego, co Damian napisał i proste porównanie z tym, co się w Polsce, w temacie horroru, ukazuje. Styl, tematyka, warsztat – wszystko to u Damiana pracuje na niesamowicie wysokim poziomie, wręcz zadziwiającym, jeśli spojrzy się na metrykę. Żeby było jasne: nikomu nic nie ujmuję. Niech to zestawienie odda sprawiedliwość talentom autora tego zbioru, zamiast umniejszać talentom innych.

Kamienica panny Kluk przynosi porcję wspaniałego, ligottiańskiego weird fiction/post-horroru, w którym równie ważne jak same upiorne historie, jest całościowe podejście do literatury jako narzędzia pozwalającego dokonać zarówno uniwersalnych diagnoz rzeczywistości, jak i autorskiej ekspresji. Na tym wszak polega dobre pisarstwo, by farbami z palety osobistych przeżyć i przemyśleń namalować spójny obraz świata. By z doświadczenia jednostkowego wyprowadzić refleksję ogólną.

Być może znajdą się czytelnicy, którzy Damiana będą krytykować za to, że jego opowiadania tak silnie tchną duchem naszego ulubieńca rodem z Detroit, że może za dużo w nich Ligottiego, a za mało Zdanowicza. Od razu uprzedzam, że to zarzuty powierzchowne. Pisarski idiolekt Zdanowicza jest w tych tekstach bardzo wyraźny i choć trudno nie zauważyć, kto tej prozie patronuje, to jednak mamy do czynienia z głosem samoświadomym, szukającym dla siebie najbardziej pojemnej, właściwej poetyki i świadomie czerpiącym z tych słowników, które skodyfikowały frazy zgodne z jego wewnętrznym rytmem i melodią. Są autorzy, w których pracach widać stylizację, pewną nieudolną sztuczność. Dla Zdanowicza język, którym się posługuje, jest zupełnie naturalny i właściwy. Echa, które w nim słychać, nie są prostackim papugowaniem, właściwym pisarzom, którzy zbyt szybko przyjęli za pewnik (i za usprawiedliwienie) porzekadło, że wszyscy od kogoś coś kopiujemy. One działają: poruszają może struny, które ktoś poruszył już wcześniej, ale robią to z podobną mocą i należytą subtelnością.

W poświęconym Nabokowowi eseju Tekstury snu W.G. Sebald stawia taką diagnozę: najznakomitsze ustępy jego prozy często wywołują wrażenie, że nasze poczynania w świecie są śledzone przez obcy, nieujęty w żadnej taksonomii gatunek, którego emisariusze niekiedy występują gościnnie w teatrze żywych. (…) Najłatwiej spotkać je we śnie (…) Ciche, markotne i smętne, z widomym trudem znoszą wykluczenie poza obręb społeczeństwa, toteż przeważnie (…) siedzą gdzieś z boku i z powagą wpatrują się w ziemię, jak gdyby śmierć była ciemną plamą albo hańbiącą tajemnicą rodzinną. Uwagę Sebalda o twórczości Nabokova przytaczam, ponieważ kiedy czytam opowiadania Damiana, który Nabokova ceni (tak, jak ceni go Ligotti), odnoszę właśnie to wrażenie: krępującej obecności, tych, których nie ma. Jak w cudownych Nawiedzeniach zmarłych.

Ten język, który bardziej maluje niż opowiada, tworzy sytuacje miast je relacjonować, który daje wrażenie dostępności do czegoś nader nieuchwytnego, nie do wypowiedzenia wprost, w swoich zorientowanych na przestrzenność metaforach odsyła do najlepszych psychotopografii, właściwych dojrzałemu weird fiction.

Kiedy pewien młody student metafizyki próbował zgłębić tajemnicę muzyki Ericha Zanna, wertykalne rozplanowanie podróży bohatera, wzwyż schodów starej kamienicy przy Rue d’Auseil, stawało się metaforą ciemnego wniebowstąpienia, ścieżką odwróconej gnozy, którą podąża umysł przeczuwający przerażający ogrom chaosu, otulającego fikcję ziemskiego ładu. Damian Zdanowicz na kartach swojego debiutanckiego zbioru wiele razy ewokuje w nas ten sam dreszcz, tę samą traumę bezkresu, w której doświadczamy numinotycznego wstrząsu. Jednak na końcu tego niemal religijnego doznania nie czeka żadne pocieszenie, żadna kojąca metafizyczna narracja. Jakże byłaby ona niestosowna! Ostatecznie, nie możemy przecież, niczym baron Münchhausen, wyciągnąć się z bagna za własne włosy. Sytuacja staje się wiec prawdziwie tragiczna i postaci Zdanowicza są tym tragizmem permanentnie przygniecione. Nawet jeśli jeszcze nie wiedzą, to przeczuwają – i to przeczucie prowadzi ich zazwyczaj ku jedynej możliwej konkluzji.

Tragizm w opowiadaniach Zdanowicza ma jeszcze jeden wymiar. Jest ślepy, bezosobowy i przerażająco ogólny. W jednym ze swoich najsłynniejszych zdań Samuel Beckett objaśniał: Tragedia nie opiera się na odpowiedzialności człowieka. Tragedia opowiada o ekspiacji. Ale nie o byle jakiej ekspiacji, spowodowanej naruszeniem nędznego kodeksu ułożonego przez lokajów dla szaleńców. Bohater tragiczny musi odcierpieć grzech pierworodny, własny i swoich socii malorum (towarzyszy nieszczęścia) grzech narodzin. Jan Błoński w eseju o pisarstwie Becketta wskazuje na doprowadzenie tragizmu do absolutnej granicy, do najgłębszego fundamentu. O ile bohater antyczny cierpiał przez winy popełnione nieświadomie (Edyp) bądź na rozkaz bogów (Orestes), o ile w tragedii szekspirowskiej wina rodzi się w człowieku, który nie potrafi przezwyciężyć własnych uwarunkowań, o tyle u Becketta wina tragiczna wynika z natury świata. Jego postaci nie popełniają czynów ani szlachetnych ani haniebnych – w zasadzie w ogóle niewiele czynią. Wspominam o tym, ponieważ w identycznym paradygmacie winy totalnej i przyrodzonej funkcjonują postaci na kartach opowiadań Damiana Zdanowicza. Nie uczyniły światu żadnego uchybienia, nie sprzeniewierzyły się żadnym jego zasadom. Nie wystąpiły przeciwko swojemu środowisku, nie złamały żadnych wewnętrznych bądź zewnętrznych norm. Po prostu są i to jest wystarczającym powodem, by doświadczyć cierpienia generowanego przez nie dającą się ukoić zgrozę. Urodzili się i to ich zgubiło – można znów powtórzyć za Beckettem.

Jak przystało na pesymistyczne weird fiction, jeżeli te psychotopograficzne ścieżki mają jakiś soteriologiczny cel, jeżeli możemy jakkolwiek odkupić niezawiniony grzech zaistnienia, to rezultatem tej naszej ekspiacji nie będzie jedność, ale nicość. Czerń. Otchłań, która łakomym spojrzeniem odpowiada na nasze spojrzenia – pełne lęku. Otchłań, która czeka na ostatnim piętrze kamienicy panny Kluk.

Damian Zdanowicz, mimo nader młodego wieku, jest już bardzo świadomym i warsztatowo biegłym twórcą, który odnajduje się w najbardziej wymagającej – oczywiście, moim zdaniem– odmianie literatury grozy. Drugą przyczyną wyrażanego w tym tekście entuzjazmu z powodu ukazania się Kamienicy panny Kluk jest moje własne doświadczenie. Wiem, nader dobrze, jak trudne jest zadebiutowanie książką na niszowym rynku, jakim jest rynek literatury grozy w Polsce, zwłaszcza jeśli tworzy się teksty trudniejsze w odbiorze, odwołujące się do zupełnie innych modeli horroru niż te, które zapewniają satysfakcję księgowym w wydawnictwach. Piszę o tym, ponieważ twórczość Damiana nie dla każdego będzie przystępna. Wymaga nie tylko wrażliwości na rytm i melodię słowa, upodobania do złożonej, poetyckiej frazy, ale także pewnej znajomości kontekstów literackich i filozoficznych. To cecha każdej dobrej literatury, choć niekoniecznie cecha literatury poczytnej. Dlatego decyzję Sebastiana Sokołowskiego, by serię „Odmienne stany grozy” zacząć właśnie od debiutanckiego zbioru Zdanowicza, uważam za wręcz heroiczną. Choć – biorąc pod uwagę kosmicznie wysoką jakość tego zbioru – bardzo słuszną. I dającą nadzieję, że młodzi, utalentowani twórcy, którzy niekoniecznie chcą się obracać w zbiorach inspiracji między Kingiem a Mastertonem, w tym całym irytująco zużytym repozytorium współczesnego horroru, który wciąż próbuje opowiadać naiwną bajkę z morałem, będą mieć swoje stałe miejsce na rynku wydawniczym. Choćby było to miejsce poza obiegiem dużych sieci księgarskich.

„OkoLica Strachu” to obecnie najlepsze medium dla kultury grozy w Polsce. Magazyn, który w stosunkowo krótkim czasie zbudował – mimo tego, że nie stoi za nim wielki budżet i wydawca o silnej pozycji – bardzo dobrą reputację. Rozszerzenie pola działania kwartalnika o pełnowymiarową prezentację autorów, co do których jestem pewien, że za kilka lat będą stanowić o obliczu literackiego horroru w Polsce, jest działaniem jak mało które zasługującym na wsparcie.

Jeżeli potrzebujecie jeszcze jakiegoś argumentu, by sięgnąć po Kamienicę panny Kluk i nie przekonuje was, że to po prostu świetna literatura, którą warto poznać niezależnie od upodobań w konwencjach, to powiem wam, że te opowiadania są nie tylko kawałkiem wyrafinowanej, artystycznej prozy dotykającej spraw najgłębszych. Są też cholernie przerażające, choć oczywiście każdego straszy co innego. Jeżeli rusza was już tylko gwałcenie nieboszczyków i obdzieranie ze skóry, wyobraźnię mile łechcą jedynie plugawe rytuały i demoniczne inkantacje, a bez stosu zwłok, zombie, wampira albo w najgorszym razie psychopaty oraz perwersyjnego seksu i wiadra krwi nie ma dobrego horroru, to sobie Kamienicę panny Kluk odpuśćcie. Zrobicie krzywdę sobie i autorowi. Możecie sobie poczytać dowolną z tysięcy już napisanych książek, które bardziej zaspokoją wasze oczekiwania. Ale jeśli wasz lęk jest ukierunkowany bardziej w stronę metafizycznych aspektów naszej obecności w tym rzekomo najlepszym ze światów, jeżeli przemawiają do was oniryczne pejzaże wywiedzione z koszmarów sennych, to nie mogliście trafić lepiej. Przy tytułowym opowiadaniu, ale także przy Zbierali się w piwnicy tego budynku wieczorami, przy nocnych telefonach od ludzkich (?) widm w obłędnym tryptyku Dzwonią do mnie zawsze po północy i innych perełkach z tego tomiku zmiękną wam kolana. Mi zmiękły, choć jestem z natury odporny na grozę literacką. Wszak wszystkich nas przeraża ciemność, wszyscy boimy się deformującej przestrzeni, której konkretność ulatuje w pustkę. A ciemności, która czai się w nas, która powoli pochłania nasze życia, boimy się najbardziej. Tak bardzo, że nie ma takiego obłędu, w jaki nie spróbujemy przed nią uciec. Już dawno nikt w Polsce nie opisał jej tak przenikliwie i poruszająco jak Damian Zdanowicz.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Ogłoszenie parafialne o rzeczach drobnych

Moi drodzy,

Jeżeli skonsternował was poprzedni (już usunięty) wpis, to uspokajam - był to dość gruby, primaaprilisowy dowcip. Natomiast pragnę poinformować, że właśnie ukazał się piąty numer "Okolicy Strachu", w której można przeczytać moje opowiadanie "I kiedy płomienie". Oprócz tego w numerze wylądowali koledzy ze znanego tu forum pessimus.pl - więc tym bardziej polecam.

piątek, 20 stycznia 2017

Koniec znaczenia (Dom z liści - Mark Z. Danielewski)

Kiedy zastanawiałem się, od czego zacząć ten tekst (kiedy próbowałem uporządkować bałagan, który powieść Danielewskiego wznieciła w mojej głowie przed laty, a teraz go wzmogła, czy też przypomniała bądź odświeżyła, gdy zapoznałem się z polską wersją), przyszła mi do głowy myśl, że Dom z liści jest przewrotnym rewersem Imienia róży Umbero Eco.

Wszak zarówno głównym bohaterem powieści Eco, jak i powieści Danielewskiego, jest labirynt, którego strażnikiem i opiekunem jest postać Borgesowskiego ślepca. Zampanò, niewidomy erudyta żyjący w odosobnieniu niczym średniowieczny mnich, jest zarówno tym, kto posiada wszystkie klucze do labiryntu domu Navidsona, jak i tym, który nie zawaha się, by unicestwić tego, kto spróbuje zgłębić jego tajemnice. Unicestwić fizycznie, tak jak Jorge z Burgos unicestwiał tych, którzy czytali II tom Poetyki Arystotelesa, bądź unicestwić psychicznie, tak jak Zampanò – poprzez swoje dzieło – omal nie unicestwił Johnny'ego Wagabundę, który ośmielił się jako pierwszy przeczytać jego księgę (unicestwiwszy wcześniej kilka stworzonych przez siebie postaci).

W czym zatem różnica, w czym ironia i kpina?

W hermeneutycznej wizji Eco labirynt jest miejscem epifanii sensu, konwergencji znaczeń, ostatecznym triumfem logosu. Oświecenie być może jest śmiertelne (jeśli nie zachowamy zasad bezpieczeństwa), ale tajemnica jest wystarczająco słodka, by rozważyć ryzyko.

W wizji Danielewskiego żadnego sensu nie ma. Epifania jest ciemna, a doznaniem ostatecznym nie jest śmiech, ale okrzyk zgrozy wobec niemożności przezwyciężenia pustki, najprawdziwszy horror vacui. Tajemnica jest zbyt przerażająca, by nie spróbować jej rozświetlić, choć jest to oczywiście niemożliwe. Sensy – szeregi spójności, ciągi przyczyn i skutków, warstwy znaczeń, składające się w jedną, spójną narrację – są jedynie bibelotami, służącymi do zapełniania pustki bycia i zasłaniania tej nieskończonej, żarłocznej ciemności, która istniała na długo przed nami i będzie istnieć na długo po nas. Śmiech wprawdzie jest – a właściwie nie śmiech, ile chichot (czyj?), unoszący się znad kart, spomiędzy wierszy.

Zampanò jest ociemniały, a jego, jakby ocenił Quentin Meillasoux, anscestralny(1) labirynt jest królestwem ciemności. Istniejący przed nastaniem podmiotu zdolnego do refleksji o labiryncie i do refleksji o refleksji o labiryncie, przed podmiotem, który zaczął walczyć o świat pełen znaczeń, pozostaje konsekwentnie pusty: walczy z każdą formą porządkującej obecności. Jest labiryntem totalnym: z jednakową bezwzględnością nie pozwala oznaczyć się zarówno neonowymi znacznikami eksploratorów, rwie Tezeuszowe nici, jak i nie poddaje się żadnemu objaśnieniu, czy fizycznemu, czy metafizycznemu. Pozostawia tylko dojmujące doświadczenie niemożliwego do wypełnienia ogromu, coś, co za Marcinem Polakiem moglibyśmy nazwać (2) traumą bezkresu (ponieważ to sensy wyznaczają wszelkie granice). Dlaczego traumą?

Bezkres, świat nieskończony i pusty, nie może być widziany jako świat ciągły, ponieważ nie istnieją w nim żadne punkty odniesienia, w oparciu o które można stworzyć narrację, będącą protezą ciągłości (w domu Navidsona punkty odniesienia nie istnieją także ze względu na zmienną geometrię przestrzeni). Leszek Kołakowski w Obecności mitu wskazuje na pragnienie widoku świata jako ciągłego jako jedną z trzech stron fundamentalnej potrzeby produkującej odpowiedzi na pytania ostateczne. Navidson i jego towarzysze, Wagabunda i my stajemy wobec tego bezkresu, który, choć fikcjonalny, pozostaje boleśnie prawdziwy – odczuwany poprzez instynktowny lęk, możliwy do zasugerowania naszej intuicji poprzez język, poprzez opowieść.

1) Quentin Meillasoux, Po skończoności, Warszawa 2015
2) Marcin Polak, Trauma bezkresu, Kraków 2016,
3) Leszek Kołakowski, Obecność mitu, Paryż, 1972

piątek, 23 grudnia 2016

Wezwanie

Pamięci Kazimierza Truchanowskiego

Wezwanie do Urzędu Miasta otrzymałem wkrótce po dacie wyznaczającej początek astronomicznej jesieni; data ta była oczywiście mocno umowną cezurą, jako że prawdziwa jesień rozpoczęła się wiele tygodni wcześniej, rozwijając się obumierającymi liśćmi miejskich drzew, opadając ciężkim, chłodnym powietrzem i ciemnogranatową przejrzystością nieba, które z dnia na dzień zasnuwało się otulającą horyzont lekką mgiełką. Ograniczony widnokrąg sprawiał, że każdej jesieni zwracaliśmy baczniejszą uwagę na miasto, tak jakby zacierająca się perspektywa oddali kierowała nasze spojrzenia do wewnątrz krainy, do wewnątrz nas samych – jesień zawsze była czasem rozkwitu naszej świadomości, właśnie wówczas poznawaliśmy siebie, ucząc się swoich odbić ze zwierciadeł, rozrosłych na chodnikach kałużami po pierwszych, przelotnych deszczach. Być może właśnie dlatego otrzymałem wezwanie o tej szczególnej porze roku, być może wcześniej lub później nie zwróciłbym na nie uwagi, nie przypisał mu żadnego znaczenia, wykonując zalecenie władzy w sposób nieświadomy, mechaniczny, podczas gdy moja prawdziwa uwaga rozproszyłaby się pomiędzy rześkością wiosny, dionizjami lata lub zapadającą w nicość ospałością zimy.

Tak czy inaczej, wezwanie, które otrzymałem, odnosiło się do konieczności wprowadzenia poprawek w dokumentach tożsamości; co dokładnie należało zmienić – tego pismo nie precyzowało. Wezwanie sprawiało wrażenie, jakby jego autor, zamiast na typowo urzędniczej precyzji, skupił się na kaligraficznym kunszcie. Wypisano je na starym, pożółkłym papierze pięknym, geometrycznym pismem. Czerń atramentu zdawała się promieniować głębią, zaś cienka siateczka atramentowych żyłek przypominała twór organiczny, jakby pismo żyło własnym życiem. Dokument, doręczony mi osobiście późną nocą przez gońca z Urzędu Miasta, nie precyzował wprawdzie daty stawienia się przed obliczem urzędnika, lecz ten nocny pośpiech, ten ciężki oddech spoconego z wysiłku posłańca, wyraźnie sugerowały, że sprawa może należeć do pilnych. Mimo to położyłem papier na blacie stojącej w sieni komody i poszedłem spać.

Rano powitały mnie gorzkie wyrzuty matki:
– Nie powinieneś w tak lekceważący sposób odnosić się do takich spraw. Zostawiłeś pilne wezwanie na komodzie i poszedłeś spać, nie upewniwszy się, czy wszystkie okna w domu są zamknięte. Wiesz, jakie tu hulają straszliwe przeciągi. Co by się stało, gdyby prąd powietrza zabrał ten dokument i cisnął go pod szafę lub – nie daj Boże – w jakieś zupełnie niedostępne miejsce? Narobiłbyś sobie straszliwych problemów. Nie mówię już o tym, że kompletnie zlekceważyłeś pilność sprawy. Ten uroczy młody człowiek przygnał do ciebie w środku nocy, zapewne sam wyrwany ze snu. Pismo wygląda na świeże, urzędnik musiał je sporządzić krótko przed wysłaniem gońca. A ty jak gdyby nigdy nic idziesz spać!
Matce wtórowała Justyna, która krojąc ciemny chleb kręciła z niedowierzaniem głową:
– Mój kuzyn niegdyś postąpił podobnie i zupełnie zlekceważył takie właśnie urzędowe wezwanie. Ociągał się z wizytą w biurze, odkładał na później. Wszyscy patrzyli na niego ze zgorszeniem, ale nikt nic nie mówił, bo był człowiekiem niezależnym, chadzał własnymi ścieżkami. No ale miarka się przebrała i przyszli po niego. Później już nigdy nie był tym samym człowiekiem.
Kiedy zapytałem Justynę, co ma na myśli mówiąc, że „nie był tym samym człowiekiem”, westchnęła głęboko.
– Za miastem rosła niegdyś dzika jabłoń, której gałęzie przycinał, aby drzewo obradzało owocami. Lubił je zbierać, czasami nas częstował. Po sprawie z urzędem kompletnie stracił zainteresowanie drzewem i pozwolił, aby do reszty zdziczało. Smutne to wszystko.
Matka, zasłuchana, pokiwała głową tępo przeżuwając podaną przez Justynę porcję ciemnego pieczywa i popijając je równie ciemną kawą. Sięgnąłem po wezwanie do Urzędu Miasta.
– Ojciec wie? – zapytałem, oglądając uważnie papier.
– Wyjechał krótko po tym, jak położyłeś się spać. Ma niecierpiące zwłoki interesy w innym mieście. Wróci za kilka dni. Dobrze by było, gdybyś do tego czasu wyjaśnił sprawę – odparła matka.
– Udam się tam zaraz po śniadaniu – obiecałem.
– Słyszałam, że Burmistrz zaniemógł – powiedziała Justyna. Ton jej głosu ledwie zauważalnie ścichł, jakby wahała się, czy uznać plotkę o niemocy Burmistrza za wartą konfidencjonalnych zachowań. – Dowiedziałam się rano, kiedy poszłam po zakupy. Brat właścicielki piekarni podobno pracuje w bezpośrednim otoczeniu Burmistrza i zawsze ma informacje z pierwszej ręki.
– Co mu się stało? – zapytała matka.
– Podobno jest przemęczony. Ostatnio dużo pracował – powiedziała Justyna, wzruszając ramionami.
Matka pogroziła mi palcem.
– Widzisz? Ludzie przez wzgląd na obowiązki zapadają na zdrowiu, wstają w środku nocy, by sporządzać i doręczać pisma, a ty się wałkonisz w łóżku. Wstydziłbyś się.
Głęboko poruszony i zmotywowany, aby jak najszybciej załatwić sprawę wezwania, ubrałem się naprędce i wyszedłem z domu. Choć było wcześnie, ciężkie, jesienne chmury zawisły nad naszą uliczką, zamykając się nad nią niczym ołowiany strop. Szedłem sam, w mglistej ciszy, wsłuchany w gwizd wiatru i stukot obcasów. Ciemnobrunatne, ceglane ściany kamienic promieniowały zimnem – budynki zdążyły oddać całe ciepło lata i teraz zdawały się chylić ku sobie, niczym zziębnięte ciała pragnące ogrzać się w swoich kamiennych objęciach. Kłęby chmur odbijały się w starych, brudnych oknach, a wiatr od czasu do czasu przenosił ponad głową stare gazety, by porzucić je kilkanaście metrów dalej. W kieszeni trzymałem wezwanie, wypisane kaligraficznym pismem przez urzędniczą dłoń.

Moją uwagę szybko zwrócił panujący w mieście nerwowy pośpiech. Ludzie przemykali przez place i ulice, wciskając dłonie w kieszenie palt, owijając twarze chustami targanymi przez wiatr, zaciągając na czoła kapelusze i czapki. Ich ścieżki były proste i krótkie, kroki zamaszyste i stanowcze. Szarość dnia rozjaśniały stare latarnie, otoczone w mglistej aurze żółtymi aureolami, a także rozświetlone żarówkami wnętrza mieszkań i sklepików. Zauważyłem, że w jednym z nich – w cukierni – odbywało się zgromadzenie, któremu przewodniczył jakiś człowiek. Przemawiał, żywo gestykulując, lecz nie byłem w stanie usłyszeć wypowiadanych przez niego słów; tak jakby żywość gestykulacji miała rekompensować anemiczność głosu. Dopiero, kiedy zaintrygowany wszedłem do środka, zorientowałem się, że mężczyzna mówił szeptem. Był bardzo niski, z zewnątrz wydawał się wprawdzie człowiekiem zwykłego wzrostu, jednak złudzenie to osiągnął w najbardziej ordynarny ze sposobów – wszedł na krzesło, a teraz jedną nogą opierał się o stolik. Właściciel cukierni nie protestował, jedynie słuchał z zafrasowaną miną, podobnie jak zgromadzeni wewnątrz klienci oraz przypadkowi przechodnie. W cukierni było już tłoczono. Jąłem się przysłuchiwać monologowi mężczyzny:
– … wiecie dobrze, ile zrobił dla nas wszystkich. Tu nie dało się żyć. Zmienił nie do poznania tę ziemię, nie tylko miasto – tytaniczna praca, jaką wykonał! Można powiedzieć, że nas wybawił. I zobaczcie, jak wszystko usprawnił. Więc jesteśmy mu to winni. Zresztą, powstaje już odpowiednie rozporządzenie. Zajmuje się nim sekretariat Burmistrza. To naprawdę nie będzie wielki koszt z naszej strony. Pomożemy też sobie, bo – przyznajmy szczerze – tylko on może pełnić tę funkcję. Jest nim od tak dawna, że prawdopodobnie mało kto z nas pamięta czasy, zanim nastała jego kadencja – a ci, którzy pamiętają, woleliby o nich zapomnieć. Ich szczęściem jest, że żyją już zdecydowanie ponad limit ziemskiej drogi, ale kredyt zaciągnięty w wieczności wkrótce spłacą udaniem się w nicość i uwolnią się od koszmarnych wspomnień czasów zanim nastał Burmistrz…

Nie słuchałem dalej, gdyż konieczność szybkiego załatwienia sprawy związanej z wezwaniem pognała mnie naprzód. Zastanawiałem się, czego brakuje mi w atmosferze tego poranka, jaki czynnik naznaczał ten mglisty dzień aurą niepokojącej osobliwości, aż zorientowałem się, że słowa karła w cukierni były jedynymi słyszanymi przeze mnie na ulicy od chwili wyjścia z domu. Nikt nie rozmawiał, wszystko zatapiało się w ciszy. Zagwizdałem cicho popularną melodię, ale w tym momencie przechodzący obok mężczyzna podniósł głowę i spojrzał na mnie wzrokiem pełnym wrogości. Przyłożył palec do ust, po czym odszedł w swoją stronę. Oglądałem się za nim przez chwilę, po czym skierowałem kroki w stronę Urzędu Miasta.

Kiedy zbliżałem się do Urzędu – będącego jednocześnie Ratuszem – aura mglistej ciszy stawała się przytłaczająco senna. Samochody jeździły wolno, redukując do minimum warkot silników, przechodnie im bliżej gmachu, tym wolniej stąpali, niektórzy chodzili na palcach. Ich oddechy były powolne, skryte. Spoglądali ze złością na stada ptaków, które krakały i zataczały kręgi nad wieżą zegarową Urzędu. Ludzie, zasiadający na ławkach w pobliskim parku, wykonywali powolne, koliste ruchy – byle tyko uniknąć szeleszczenia ubraniami. Uległem tej dziwnej atmosferze i sam zwolniłem kroku, jakby wokół Urzędu rozciągała się strefa przedziwnej siły tłumiącej dźwięki i dynamizm otoczenia.

Jednakże kiedy tylko wszedłem stromymi schodami, których stopnie wyglądały jakby wyciosano je dla olbrzymów, przyszedł moment zdziwienia i rozczarowania – napis na kartce przy głównym wejściu potwierdzał plotki, które przyniosła rankiem Justyna: ze względu na chorobę Burmistrza Urząd pozostaje nieczynny dla interesantów, gdyż najbliższe dni przeznaczono na reorganizację pracy podczas niemożności sprawowania przez głównego zwierzchnika jego obowiązków. Przy wrotach znajdowało się małe okienko portierni. Za brudną szybą świeciła lampka, w blasku której poruszała się czyjaś sylwetka. Po chwili postać otworzyła okienko, nachyliła się i gestem zachęciła, abym się przysunął. Przyłożyłem głowę i usłyszałem – jakżeby inaczej – szept na granicy słyszalności:
– Urząd dziś zamknięty. Burmistrz chory. Ostatniej nocy w pośpiechu wysyłaliśmy pisma, żeby wszystko załatwić przed zamknięciem biur dla interesantów. Jeżeli otrzymał pan w nocy pismo, ale nie stawił się w urzędzie, to nie załatwi pan tego w najbliższym czasie.
– Ale to pilne – wyszeptałem.
– Trzeba było przyjść od razu – odpowiedział.
– Dlaczego wszyscy mówią szeptem? – zapytałem. Portier spojrzał na mnie pełnym zdziwienia wzrokiem.
– To pan nie wie? W pokoju chorego ma być cisza, żeby szybko wrócił do zdrowia, żeby doszedł do siebie. Miasto jest dla Burmistrza jak dom, zna tu każdy kąt, każdy dom, ulicę. Więc jako domownicy zachowujemy ciszę, aby nasz ojciec szybko wydobrzał. W zasadzie to, że z panem rozmawiam jest naruszeniem dyscypliny. Na razie zobowiązaliśmy się rozmawiać cicho, jeżeli to konieczne, co wkrótce ureguluje stosowne rozporządzenie. Ale być może nadejdzie kilka dni, kiedy przyjdzie zachować całkowitą ciszę. Wszyscy liczymy na powrót Burmistrza do zdrowia. A teraz proszę iść do domu, dziś niczego pan nie załatwi.
– Czy za niestawienie się w nocy czekają mnie przykre konsekwencje? – zapytałem na odchodne.
– Ja tu tylko pilnuję. Skąd mam wiedzieć, jak ważna była pańska sprawa? Takich rzeczy trzeba samemu pilnować – powiedział dozorca, po czym zamknął okienko. Wpatrywałem się jeszcze przez chwilę w kartkę na bramie, a następnie cofnąłem się, przenosząc wzrok na całość przedziwnych wrót.

Wykonał je na zamówienie Rady Miasta słynny artysta o światowej sławie. Kwota, którą zażyczył sobie za dzieło była szokująca, jednakże nikt nie zgłosił sprzeciwu – monumentalne podwoje upamiętniały przejęcie przez Burmistrza władzy w mieście. Ręcznie kute w metalu przedstawiały scenę o kosmogonicznym rozmachu – olbrzyma rozpiętego pomiędzy ziemią a niebem; Tytana, którego stopy niepostrzeżenie przechodzą w zabudowania miasta, a głowa – pośród gwiazd – przeobraża się w słońce. Ręce Tytana wskazują przeciwległe kierunki, usiłując objąć glob. Rozrastające się od stóp olbrzyma miasto stanowi centrum świata, jest okiem stworzenia. Dyskusje, czy jest to arcydzieło, czy produkt megalomanii, wcale nie były burzliwe; to znaczy, pogląd, jakoby brama była obrazem narcyzmu Burmistrza, zbywano lekceważeniem lub traktowano jako herezję, albowiem niemal wszyscy podziwialiśmy tego człowieka, który podźwignął miasto z ruin, wydobył je z pyłu i szlamu; Człowieka, który w zasadzie stworzył je na nowo, regulując koryta rzek, wznosząc domy i mury, obmyślając i spisując prawa, dzięki którym istniejemy.

Pełen niepokoju, poszedłem do domu. Po drodze zauważałem niemych ludzi, odzianych w mundury służb porządkowych, którzy rozwieszali wielkie plakaty obwieszczające konieczność zachowania ciszy. Ich smutne oblicza, przyobleczone w mgłę i szarość, zdradzały zmęczenie i lęk – niepewność wywołaną wielką niewiadomą, jaka kryła się za tajemniczą chorobą Burmistrza.

Wszedłszy w naszą długą, wąską uliczkę, przystanąłem na chwilę, aby odpocząć, gdyż ogłuszająca cisza miasta, wszechobecne spowolnienie ruchów, szarość i mgła sprawiły, że opadłem z sił. Wdychałem zimne, wilgotne powietrze, opierając się o ścianę jednej z kamienic. Niemal czułem pod palcami jej miękkość, jej starość, a kiedy odjąłem dłoń od ściany, odpadł z niej płat tynku, odsłaniając sczerniałe cegły. Spłoszony natychmiast cofnąłem się patrząc na odsłoniętą wyrwę. Czerwień wypalonej gliny przenikająca się z czernią brudu przypominała gnijące mięso – jakbym obnażył rozkładającego się trupa kamienicy. Zajrzałem w kilka ciemnych, matowych okien – na ile mogłem dostrzec, nikt tu nie mieszkał, wewnątrz walały się śmieci, połamane meble, gruz. Jakiś czas temu jeszcze żyli tu ludzie, dobrze o tym wiedziałem, częstokroć widząc z okien naszego domu jak wchodzili i wychodzili z budynku, jednakże najwyraźniej musieli stąd wyjechać i zostawić kamienicę na pastwę ulew i upałów, czasu i bezwładu. Wytarłem dłoń w spodnie. Ruszyłem do domu.

Matka siedziała w kuchni, popijając kawę. Czytała gazetę, uważnie przesuwając palcem po drobnych ogłoszeniach. Zawsze lubiła je przeglądać, mawiała, że tak naprawdę mówią najwięcej o życiu miasta, zdecydowanie więcej niż opatrzone krzykliwymi nagłówkami artykuły i wiadomości, które mogły być, jak twierdziła, mistyfikacją, fabrykacją wypływającą z ukrytych interesów, manipulacją władzy, ostatecznie – bezinteresowną złośliwością autora, odnajdującego satysfakcję w quasi-demiurgicznej zabawie w formowanie surogatów prawdy, w mamieniu niewinnych i niczego niespodziewających się ludzi kłamstwami podawanymi z żarem godnym spraw ewangelicznie doniosłych.

– Nie da się nabrać ludzkich potrzeb, nie da się zmanipulować prawdy obecnej w drobnych gestach, nie da się wetknąć szpilki kłamstwa pomiędzy bezpośrednie, interesowne relacje między ludźmi, o ile same w sobie nie są próbą oszustwa, co jednak nie powinno wykraczać poza margines błędu statystycznego. W taki sposób poznaje się prawdę o życiu miasta, jego ukryty puls, łagodny oddech skryty pod szatami domostw, biur, placów, targowisk. Kronikarze miejscy winni w pierwszej kolejności poddawać bacznej analizie drobne ogłoszenia, te sugestie wielkich i małych historii, gorejących i stygnących namiętności, utkane z ledwie kilku słów wciśniętych w kolumnę, na której opiera się konstrukcja miejskiego życia. Nie wielkie afery, nie polityka – drobne, przyziemne sprawy, niezauważalne migracje przedmiotów i usług, krwiobieg codzienności, która przetrwa wielkie zawirowania, tak jak owady przeżyją najwspanialsze cywilizacje – to one są solą życia.

W ciągu mojego życia matka kilkukrotnie powtórzyła tę wielką pochwałę nieistotności, lecz wiedziałem dobrze, że słowa nie należą do niej – zaczerpnęła je od ojca, który swoją karierę, cały nasz dobrobyt oparł na takich właśnie drobnych sprawach – na pośredniczeniu pomiędzy zainteresowanymi stronami, wynajdywaniu ludzi chcących coś od kogoś kupić lub coś sprzedać – kojarzył te jednorazowe biznesowe małżeństwa na jedną godzinę, pobierając skromną prowizję. Matka wnikliwie studiowała dział ogłoszeń, ale kiedy tylko zasiadłem za stołem, zamknęła gazetę i spojrzała na mnie pytającym wzrokiem.
– Urząd tymczasowo zamknięty dla interesantów – rzuciłem, rozpierając się na krześle.
– Widzisz, teraz będzie cię dręczyć niepewność – rzekła, poprawiając okulary.
– Znalazłaś coś interesującego? – zapytałem, usiłując odwrócić jej uwagę od wezwania, skierować nieprzyjemną dla mnie rozmowę na inne tory.
– Nic wartego uwagi. Ogłoszenia się powtarzają. Nowych nie widziałam od dawna. Zupełnie jakby je powielali, a zecer jedynie zmieniał kolejność dla niepoznaki, by kolumny wyglądały na żywe. Chyba ojciec powinien się tym zająć – powiedziała z zimną rezerwą. Zgodziłem się i poprosiłem o kawę Justynę, przypatrującą się nam z głębi kuchni. Wstała ociężale zza stołu, odkręciła kran i przystawiła kubek. Popłynęła czarna, smoliście gęsta ciecz.
– Wystarczy podgrzać – powiedziała, nie spoglądając w moją stronę. Następnie przelała zawartość kubka do starego, emaliowanego rondelka, który postawiła na ogniu. Przypatrywałem się temu dziwnemu i zupełnie nowemu dla mnie zjawisku z wyrazem zdumienia. Matka musiała widzieć zaskoczenie na moim obliczu, bo powiedziała:
– To nowe usprawnienie wprowadzone przez Burmistrza i Radę Miasta. Oszczędza nam czas, choć nie jest jeszcze doskonałe, kawę musimy podgrzewać. Ale jest mocna i ma się po niej mnóstwo sił. Wiedziałbyś o tym, gdybyś dnie i noce nie włóczył się po mieście za dziewczętami o wątpliwej reputacji. Myślisz, że o niczym nie wiem.
Bębniłem palcami o blat stołu, rozglądając się nerwowo po kuchni. – Młodość ma swoje prawa – powiedziałem cicho.
– Młodość, młodość – odparła matka, wykonując lekceważący gest ręką, po czym pociągnęła łyk kawy z filiżanki. – Cynicznie wykorzystujesz to, że ojca nie ma całymi dniami i nie może sprawować nad tobą twardego nadzoru. Mnie nie szanujesz w ogóle, nie mam u ciebie żadnego autorytetu. Pogodziłam się z tym. Ale napominanie cię to mój matczyny i ludzki obowiązek. Możesz się łajdaczyć z panienkami lekkich obyczajów i kolegami–hultajami, ale lekceważyć władzę, spać zamiast odpowiadać na urzędowe wezwanie, być może dotyczące rzeczy wielkiej wagi – nie, na to zgody dać nie mogę. Oczywiście i tak zrobisz, co chcesz, wiem o tym, znam cię.
Miałem już dość matczynej tyrady i zamierzałem wstać, gdy Justyna postawiła przede mną kubek gorącej kawy. Starając się nie patrzeć matce w oczy, upiłem łyk, ale prawie natychmiast wyplułem ciecz na stół i gazetę.
– Co ty znów wyprawiasz, co to za nowe brewerie? – żachnęła się matka.
– Czy Justyna nie może zaparzyć mi normalnej kawy? – krzyknąłem, w najwyższym stopniu poirytowany.
Justyna poszła po ścierkę, cedząc przez zęby: – Kto normalny kupowałby kawę, jeżeli dają za darmo? To prezent od Burmistrza dla nas wszystkich, powinieneś być wdzięczny, twoja matka na pewno potwierdzi moje słowa.
– Jest obrzydliwa – wycharczałem.
– Może jeszcze nie wszystko działa jak należy – powiedziała pojednawczym tonem matka.
– I cuchnie zgnilizną. Jak gangrena – dodałem. Kobiety spojrzały po sobie zdumione.
– Kiedy twój ojciec wróci, będziemy musieli bardzo poważnie porozmawiać o twoim zachowaniu – powiedziała zimno ta, która mnie urodziła. Nie czekając na dalszy obrót nieszczęsnej rozmowy, wyszedłem z kuchni i udałem się do swojego pokoju, gdzie, rozebrawszy się i zakopawszy pod ciężkimi zwałami pierzyny, zapadłem w zły, spocony sen.

Śniły mi się ptaki odlatujące do innych krain olbrzymimi stadami, rzucającymi cień równy mrokom nocy. Obudziły mnie głód i cisza. Kiedy schodziłem mokry od potu i zziębnięty od lodowatych przeciągów przewiercających korytarze, izby oraz nasze bezbronne ciała usiłowałem wniknąć głębiej w ciszę, w rozplenione po domu milczenie, które wypełniało pomieszczenia jak mgła, jak czarny, duszący dym z naprędce dogaszanego ogniska, w którym spalono czarne kwiaty niepokoju. Ale cisza nie dawała się przeniknąć, była bezdenna i nienasycona. Mrok spowijał długie korytarze, rozlewał się plamami głębokich cieni mijającego dnia. Delikatnie otworzyłem drzwi pokoju Justyny. Jej skromną izbę wypełniało zimne powietrze ciągnące spod nieszczelnego okna. Puszysta pościel jaśniała, unosząc się w rytm wolnego oddechu. Twarz służącej, jej zamknięte oczy i otwarte usta, odsłaniające zszarzałe zęby; ta twarz, otoczona bezładną plątaniną czarnych włosów, przypominała pośmiertną maskę wykrzywioną w grymasie boleści. Justyna oddychała przez usta, ale nie chrapała. Odkąd zacząłem stawać się mężczyzną, świadomie bawiła się moim napięciem, wykorzystując swoją bujną kobiecość do wzbudzania we mnie dziwnych, ciemnych pragnień, których zaspokojenie jednakże było wciąż perspektywą iluzoryczną, majaczącą jedynie w domenie nocnych, wstydliwych wyobrażeń, niemogących się urzeczywistnić w żaden sposób. Upokorzony tym faktem, często dla własnego zbawienia obserwowałem jej podobny śmierci sen, pulchną twarz przeistaczającą się w wyschniętą, szarą maskę zimowego zmierzchu. Dobrze wiedziałem, że była to ukartowana przez matkę gra, obliczona na kontrolowanie mnie, na uzyskanie władzy nad moją popychającą do czynów, do istnienia cielesnością – na manipulację mną, zginanie kończyn marionetkowymi sznurkami, uwiązanymi na palcach jej zapewne szczerej troski.

Zamknąłem powoli drzwi pokoju Justyny i zszedłem na dół. Wszystkie izby domu były puste i zimne, wygasłe niczym zapomniany piec w ciemnościach opuszczonego budynku, w opuszczonej dzielnicy opuszczonego miasta. Samotność przenikliwa jak zimno, ciemność przykra jak dotyk przemoczonego ubrania, okrywająca lepkim całunem, od którego sztywnieją członki, od którego zamiera ruch. Matka pewnie gdzieś wyszła. Czułem głód, postanowiłem więc pójść do jednej z ulubionych restauracji, serwujących wyśmienite pieczenie. Przebrawszy się w suchą bieliznę, założyłem codzienny strój i wyszedłem na pastwę przenikliwej wichury.

Wiatr toczył gęstymi kłębami tabuny kurzu i opadających liści, a w jego zimnej aurze dało się wyczuć zapowiedź deszczu przyczajonego w nisko wiszących, ciemnych chmurach. Gwizd wiatru w załomach kamienic był jedynym dźwiękiem otoczenia, nie licząc okazjonalnych, jakby wstydliwych odgłosów miasta – kół toczących się po ulicach, kroków. Szedłem powoli, pod wiatr, osłaniając twarz, aż wreszcie wydostałem się z labiryntu wąskich uliczek naszej dzielnicy na szerszy trakt. Nagle stanąłem jak słup – środkiem drogi posuwał się niemy pochód odzianych w czarne stroje pokutników. Kroczyli wolno, ich szaty powiewały na wietrze niczym chorągwie. W rękach trzymali bicze, którymi wymierzali sobie regularne ciosy – peleryny nasiąkły na plecach krwią, która gęsto znaczyła ślad ich pochodu, niby ślad śluzu zostawiany przez ślimaka. W samym środku pochodu szedł wysoki mężczyzna, trzymający wysoko, wysoko sztandar, na którym wyhaftowano wizerunek identyczny z tym na bramie ratusza. Haft był – co nawet z daleka rzucało się w oczy – wykonany chałupniczo, przez niewprawioną osobę: elementy wizerunku traciły proporcje, tak jakby za pracę kopisty wzięło się dziecko uczące się prawideł sztuk plastycznych. Biczownicy szli powoli, w absolutnym milczeniu, wymierzając sobie kolejne krwawe razy. Usiłowałem dostrzec ich twarze, ale te skrywały się pod głębokimi kapturami, w cieniu gasnącego dnia. Niskie światło zachodzącego słońca, przebijające z rzadka przez gęste chmury, w przelotnych momentach swej beznadziejnej walki rzucało długie cienie. Procesja szła nieugięcie, aż skręciła w jedną z bocznych uliczek prowadzących w stronę Urzędu.

W końcu dotarłem do restauracji. Jej drzwi były otwarte, jednak wewnątrz nie paliło się światło. Większość stolików stała wolna, jedynie przy kilku siedzieli ludzie, pogrążeni w mroku, bezruchu i milczeniu. W kącie leżały porzucone instrumenty regularnie przygrywającej tu amatorskiej orkiestry. Zasiadłem przy zazwyczaj zajmowanym stoliku i, spoglądając przez szerokie frontowe okno na martwą ulicę, czekałem na kelnera. Wróciłem myślami do dziwacznej procesji. Dokąd zmierzali? Jaki był cel ich wędrówki? Czyżby Urząd? Kiedy się zebrali, w jaki sposób? Czy byli członkami jakiejś wspólnoty, czy połączyła ich potrzeba chwili? Czy byli sobie bliscy i znali się, czy procesja składała się z obcych sobie ludzi, tymczasowo zjednoczonych przez cel? Jaki był to cel? Przebłaganie czy protest? Przebłaganie czego, protest przeciwko czemu? Pytania lęgły się w głowie, a mnie w pewnym momencie z zamyślenia wyrwało ukłucie świadomości, że oto od dłuższej chwili siedzę w restauracji i nie mogę doczekać się czyjegokolwiek zainteresowania. Rozejrzałem się. Ludzie przy stolikach wciąż siedzieli w bezruchu, wpatrzeni w nieodgadnione pustki, a blaty przed nimi jaśniały bielą obrusów. Klasnąłem w dłonie. Żadnej reakcji, również ze strony klientów. Wstałem zniecierpliwiony i zbliżyłem się do restauracyjnego kontuaru. Nikogo. Poirytowany tym ostentacyjnym lekceważeniem, którego upokarzającą siłę wzmagał głód, odnalazłem drzwi na zaplecze. Nagie, surowe ściany ciemnego i zimnego korytarza. „Kuchnia” – odczytałem napis na dwuskrzydłowych drzwiach. Wtargnąłem do środka, by ze zdumieniem odkryć, że wewnątrz wszystko jest równie ciemne i wygaszone – piece zimne, paleniska wystygłe. Kątem oka dojrzałem kran – kapała z niego znana mi czarna, lepka maź, która rozpryskiwała się tłustymi kroplami w zlewie i na kafelkach. Poszedłem dalej ciemnym korytarzem czując wzbierający niepokój. Skromne biura, pokój księgowych, gabinet właściciela – opuszczone, martwe. Ostatkiem chwiejnej woli zmusiłem się, by doczłapać do skrytego daleko w ciemności magazynu i powoli, oczekując nie wiadomo czego, popchnąłem je. Ciszę korytarza wypełnił skrzypiący pisk. W jednej chwili buchnął we mnie odór rozkładającego się mięsa. W ciemnościach schowka rozjaśnianych gdzieniegdzie resztkami szarego światła, wpadającymi przez umieszczone pod sufitem okienka gniły wielkie, nieforemne półtusze, dziwacznie bezkształtne połcie mięsa. Ciszę opuszczonej restauracji rozdarło brzęczenie much. Poczułem wzrastającą falę obrzydzenia i puściłem się biegiem przez ciemny korytarz, ku wyjściu.

W sali restauracyjnej wciąż siedzieli nieliczni klienci.
– Restauracja jest opuszczona! Nie czekajcie! – krzyknąłem zziajany, z trudem tłumiąc torsje wywołane widokiem zgnilizny, ale nikt nawet nie spojrzał w moją stronę. Podszedłem do siedzącej najbliżej kobiety i położyłem rękę na jej ramieniu. Nie odwróciła się. Podniosłem szerokie rondo jej ozdobnego kapelusza. Twarda skorupa pokrywająca twarz oraz sztywność włosów odsłoniły tajemnicę ciągłego milczenia i bezruchu tych ludzi. Za stolikiem siedział manekin. Wówczas sobie przypomniałem – w restauracji zawsze siedziały manekiny, służyły jako wabik na klientów, oczekujących smacznej kuchni, którą niechybnie zwiastowała obecność posilających się ludzi. Jako stały bywalec, usłyszałem o tej tajemnicy bezpośrednio od właściciela restauracji; sam objaśniał mi arkana przebiegłego chwytu, lecz w tym zazwyczaj gwarnym miejscu nigdy nie zwróciłem mocniej uwagi na przedmioty, które potwierdzałyby jego słowa. Opuściłem restaurację, pełen goryczy i zrezygnowania, i powlokłem się przed siebie.
Na ulicach panował nadspodziewany ruch, ale wszystko wciąż nurzało się w milczeniu. Moją uwagę przykuły twarze przechodniów – zrezygnowane, złamane. Jakby dosięgły ich hiobowe wieści lub wydarzyło się coś, co odebrało im wszelką nadzieję. Poruszali się pospiesznie chodnikami, ale ich bezwładnie pokraczny chód zdradzał jakiś brak, nieobecność czynnika nadającego ruchowi harmonię, zdrową sprężystość. Wpadłem do piekarni, aby zjeść choćby bułkę. Piekarz wyglądał jakby szykował się do wyjścia. Pospiesznie rzucił mi kilka zleżałych pączków, po czym wykonując gest pokazujący, że nie chce zapłaty zniknął na zapleczu. Gryząc twarde, słodkie ciasto spojrzałem w stronę Urzędu Miasta, ale zawsze widoczny odległy gmach ginął teraz w gęstwinie wieczornej mgły. Nie miałem już czego szukać w mieście. Pełen najgorszych obaw i dojmującego niezrozumienia, skierowałem kroki ku domowi.

Kamienica była ciemna i cicha. Kiedy wszedłem, zauważyłem, że jedynie w kuchni pali się anemiczne światło małej lampki wiszącej nad stołem. Pełen lęku przed spotkaniem z matką i kolejną litanią wyrzutów, które stanowiły jedyną broń przeciwko mnie, przeciwko mojej odrębności, szedłem powoli, dotykając zimnych ścian. Matka istotnie siedziała w kuchni za stolikiem, popijając kawę i przeglądając gazetę – tę samą, którą wcześniej oplułem, nie mogąc znieść wstrętnego smaku zaserwowanego napoju. Spojrzała i, ku mojemu zaskoczeniu, uśmiechnęła się.
– Usiądź, kochanie – wyszeptała. Posłusznie odsunąłem krzesło i usiadłem naprzeciw niej, nie zdjąwszy nawet płaszcza i wizytowych butów. Byliśmy tylko we dwoje pośród nocy wszechświata. Nasze twarze ledwie wyodrębnione z ciemności stożkiem słabego światła, niczym lustrzane odbicia odpowiadały sobie identycznością rysów oraz odciskających się na nich uczuć. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem podobny do matki.
– Przepraszam za dzisiejszy wybuch. Wiesz, że martwię się o ciebie. Ojca nie ma od bardzo dawna i nie wiem, kiedy znowu przyjedzie i na jak długo. Zdawało mi się, że wyjechał krótko po tym, jak poprzedniej nocy położyłeś się spać, ale przecież nie mógł wyjechać, skoro jeszcze nie wrócił. Ten rumor w jego pokoju to sterta starych gazet, która przewróciła się pod swoim ciężarem. A pospieszne poruszenie na ulicy, które wzięłam za jego ponowny wyjazd w interesach, to pijani studenci, których po kolejnej z ich dzikich pijatyk eksmitował właściciel wynajmowanego przez nich lokum. Spotkałam go dzisiaj, wyjawił mi wszystko. Twierdził, że pozbył się problemu, bo studenci i tak od dawna nie płacili. Nie uczęszczali na zajęcia, skreślono ich z listy uczących się.
Potarłem dłońmi twarz. – Śniły mi się ptaki odlatujące do ciepłych krajów – powiedziałem.
– A ja śniłam o twoim ojcu. Leżałam na łące, wpatrując się w niebo, a on podszedł ni z tego, ni z owego. Nie mogłam dostrzec jego twarzy, a to kryła się niczym górski szczyt w nisko wiszących chmurach, a to pod czarną aureolą ronda kapelusza.
– Opowiedz mi o Burmistrzu – zwróciłem się tonem, jakim dziecko kolejny raz prosi o ulubioną bajkę. Matka zamyśliła się. Jej twarz, pokryta głębokimi bruzdami, jeszcze głębszymi w słabym świetle lampy, skrzywiła się w lekkim uśmiechu.
– Kiedyś nasze miasto wyglądało zupełnie inaczej. Wyobraź sobie rozległe, martwe pustkowie, pośrodku którego wyrastają szare, postrzępione ruiny, owiewane przez pył i piach, nanoszony w sięgających nieba tumanach przez huragany. Wyobraź sobie martwą krainę bez kropli wody, sparaliżowaną palącym słońcem lub siarczystym mrozem, a przede wszystkim wyobraź sobie ruiny, pośród których wegetują półludzkie cienie, zdeformowane istoty zwijające się w pokraczne kształty pod każdym smagnięciem wiatru, słońca lub mrozu, przemykające między gołymi ścianami wymarłych domów. I nagle, wśród tego wszystkiego, po nie wiadomo ilu latach klęski, pojawił się człowiek, który sam jeden, nie bacząc na absurdalność zamierzeń, przekopał kanały irygacyjne, puścił nimi wodę, a wraz z nią zaczątki życia, które – jak to życie, kiedy tylko stworzy mu się możliwość – chciwie powróciło w ten jałowy krajobraz, wrosło w niego zrazu cienkimi korzeniami, a kiedy te nie napotkały oporu kamienia – coraz grubszymi korzeniami drzew. Wróciły zwierzęta, a wiatr nie pustoszył już tak ziemi pokrytej roślinnością. Życie odzyskiwało z wolna zdrowy rytm, wracało między mury wymarłego miasta. Znów można było zasiedlać wiekowe budynki, odnawiać je, zaczęły rodzić się dzieci. Człowiek, który przywrócił miastu życie, spisał również prawo, któremu podlegamy. Wykorzystując całą wiedzę, dobroć i intuicję, stworzył kodeks doskonały, w którym przenika się wiedza o tajnikach istnienia, świadomość kształtujących je procesów oraz wymiar czysto praktyczny, odnoszący się do szarej codzienności spraw, które jesteśmy zmuszeni powtarzać, tak jak pewne rzeczy powtarzają wszystkie istoty. Życie to bowiem nic ponad powtarzalność – oddechu, bicia serca, jedzenia i wydalania, snu i aktywności. Kotwice, pomiędzy którymi kwitną łańcuchy losów. Ten człowiek to rozumiał najlepiej, więc oddano mu pełnię władzy. Odnowił z upadku ratusz i wrósł w jego posady, w jego pokoje, ale wrósł także w miasto, gdyż miasto, będące owocem jego nadludzkiego wysiłku, było dla niego wszystkim. Teraz zaniemógł i wszyscy jesteśmy zobowiązani zachować ciszę, aby nie przeszkadzać mu w powrocie do zdrowia. Bez niego wszystko upadnie. Jesteśmy w domu i możemy rozmawiać szeptem. To i tak z jego strony daleko idący kompromis. Wydaje ci się, że to tylko szept, niewinny szepcik, słyszany tylko w wąskim kręgu światła wiszącej nad nami lampki, ale wyobraź sobie mnogość tych szeptów, które sączą się z każdego ciemnego domu, które przelewają się pomiędzy ludźmi, zbijając się nad miastem w zawiesistą magmę szeptów, w ogłuszający hałas, który dochodzi do jego uszu. Czy możemy zrobić więcej? Możemy milczeć i zapaść w bezruch, wielu tak czyni. Kiedy zajrzysz do innych domów, przez brudne szyby dostrzeżesz jedynie figury martwych manekinów, zastygłych w codziennych pozach – taki jest wymiar ich poświęcenia. Będą w tej formie oczekiwać wyzdrowienia Burmistrza. Są wśród nas również tacy, którzy nie mogąc znieść ciszy lub nie wierząc w wyzdrowienie Burmistrza cichcem wyjeżdżają. Drogi wyjazdowe z miasta od niedawna pełne są nieskończonych karawan i konwojów, płynących ślamazarnie przez równinę ku innym miastom. Jakże niewdzięczni są ci ludzie, ci dezerterzy! Tak długo jak miasto spełniało ich zachcianki, ich wyśrubowane wymagania, byli mu lojalni, ale teraz, kiedy pojawiły się pierwsze poważniejsze trudności, odeszli, uciekli jak złodzieje wynoszący nocą dobra ze wspólnego domu.

Wstałem od stołu i wyjrzałem na ulicę. Wąskim chodnikiem sunęła procesja milczących postaci, szarych i smutnych, zakutanych w płaszcze i kożuchy, wlokących za sobą walizki, wózki, taszczących plecaki i torby podróżne. Tłum gęstniał z każdą sekundą, zdawał się płynąć uliczkami jak leniwa powódź, która wdarła się do miasta oblepiając mury błotem i mułem. Spojrzałem na kamienicę naprzeciw – pod moją nieobecność z jej elewacji musiał odpaść potężny kawał tynku, gdyż budowla straszyła szczerbatym garniturem kruszejących cegieł. Po chwili otworzyły się drzwi i z ciemnej sieni, prowadząc rodzinę, wyłonił się właściciel kamienicy, ten sam, który ubiegłej nocy wyrzucił studentów. Wszyscy nieśli torby i walizki.
– Odchodzą – powiedziałem do matki. –Wszyscy odchodzą. Odwróciłem się w jej stronę, pełen bezbrzeżnego smutku. Kiwała głową.
– Tak, odchodzą – potwierdziła. – Justyna też odchodzi. Wymówiła służbę. Pozwoliłam jej wyspać się przed podróżą.
Rzekłszy to, wstała, podeszła do kranu i nalała do filiżanki czarną maź, którą uważała za kawę. Zbliżyłem się, delikatnie wyjąłem filiżankę z jej rąk i powąchałem zimny, smolisty płyn. Śmierdział gnijącym ciałem, rozkładem, chorobą.
– Ja też stąd odejdę – oznajmiła matka, patrząc mi w oczy. – Pojadę do miasta, gdzie ojciec najczęściej prowadzi interesy. Tak bardzo za nim tęsknię, tak dawno go nie widziałam, że powoli zapominam, jak wyglądała jego twarz. Oddałem jej naczynie z czarną trucizną.
– Tak w ogóle, przyszło coś do ciebie – rzuciła nagle, jakby zrywając z pamięci kożuch zakurzonej pajęczyny. Spojrzałem na blat stołu. Jaśniała na nim mała kartka promieniująca czernią atramentu. Natychmiast poznałem pismo, którym pewna urzędnicza dłoń skreśliła niegdyś zlekceważone przeze mnie wezwanie. Podniosłem kartkę do światła, wodząc wzrokiem po krągłych liniach liter, po misternych zdobieniach wymyślnego charakteru pisma. Tak bardzo smutny, tak oszołomiony nagłym uwiądem miasta, nie mogłem się oprzeć potrzebie natychmiastowego stawienia się w Urzędzie, do którego wzywał list. Lecz w jego treści nie było przymusu, groźby, władczej wyniosłości objawiającej się bezosobowym stylem, twardym jak podeszwa buta rozdeptującego karalucha. Była jedynie prośba, błaganie umierającego. Uściskałem matkę, przeczuwając, że nigdy już jej nie zobaczę, że wrócę do lodowatej skorupy martwego, pustego domu, po czym, ubrawszy się odświętnie, wyszedłem na spotkanie z Urzędem.

Miasto oplatała aura jesiennej, przedwczesnej nocy. Słońce zdecydowało wycofać się poza parawan niskich burzowych chmur, a następnie poza horyzont, jakby spłoszone obezwładniającą ciszą miasta lub zniechęcone jałowością szarej równiny, pośrodku której leżało miasto; zniechęcone milczeniem obumierających terytoriów pełnych suchych traw, wychudłych, zobojętniałych zwierząt oraz próchniejących drzew i pyłu, milczeniem przestrzeni, która oczekiwała wielkiej zmiany, albowiem było jasne, że nadchodzi zmiana.

Kiedy dotarłem do gmachu Urzędu Miasta, była późna noc. Budowla pięła się w mrok – gigantyczny, czarny monument spowity nicością. Wielkie wrota stały uchylone – postać Burmistrza stworzyciela rozdzielona na dwoje. Podszedłem do dyżurki, ale opuszczono ją. Jedynie niedopałki papierosów w popielniczce za brudną szybą świadczyły o tym, że ktokolwiek tu pracował. Wewnątrz gmachu panoszyła się ciemność. Czując silne zobowiązanie, wkroczyłem w nią pewnie, choć nie bez lęku.

Nigdy nie byłem w Urzędzie Miasta, teraz mogłem w samotności podziwiać jego przepastne wnętrze. Olbrzymi hol, pełen kolumn, tonął w mroku, jednakże we wpadającej przez wysokie, wąskie okna poświacie ulicznych latarni mogłem zauważyć moje niewyraźne odbicie na polerowanej, marmurowej posadzce. Kroki rezonowały wzrastającym echem pośród zimnych, wielkich ścian. Nie wiedziałem, dokąd pójść z wezwaniem, które ściskałem kurczowo w kieszeni płaszcza. Z trudem wspiąłem się po wielkich schodach na końcu holu. Ciemne korytarze przytłaczały martwotą. Skierowałem się ku największym drzwiom, umieszczonym na końcu jednego ze skrzydeł. Mijałem portrety Burmistrza przedstawiające jego przemianę: pierwsze ukazywały młodego, silnego mężczyznę; na dalszych dokonywała się metamorfoza w dojrzałego, poważnego męża, a następnie w zgarbionego, acz pełnego majestatu mędrca. Najbardziej niepokojące były ostatnie z obrazów, pokazujące jedynie twarz Burmistrza otoczoną całunem nocy; twarz suchą, połyskliwą jak maska. Sięgnąłem wysoko w górę ku klamce i zawisłem na niej całym ciężarem. Skrzydło drzwi uchyliło się. Za nimi otwierał się kolejny korytarz, pełen niekończących się drzwi. Stąpałem bardzo powoli, marmurowa posadzka wzbudzała echo kroków. W biurach po bokach nikogo nie było. Gdzieniegdzie walały się dokumenty, na biurkach zostawiono niedopite napoje i niedojedzone posiłki. Bezwład, wszechobecny bezwład. Po jakimś czasie dotarłem do końca korytarza, do kolejnych drzwi, na których złote litery składały się w napis „Kancelaria Burmistrza”. Wrota otworzyły się bezszelestnie.

W otoczeniu nastąpiła niespodziewana zmiana, tak radykalna, że dopiero po chwili zrozumiałem, co widzę. Zimne, nagie ściany i sufit korytarza porastały poduchowate, skórzaste narośle, które zdawały się nie tylko piąć się ku górze, ale także wrastać w kamień. Dotknąłem miękkiego, tłustego guza, wyczuwając palcami anemiczne ciepło oraz rytmiczne, powolne skurcze żywej tkanki. Powierzchnię nowotworu znaczyła mapa żył. Ściany pulsowały. Stąpałem uważnie, usiłując nie nadepnąć na porastające Urząd mięso. Niczym bluszcz przywarło do murów, posadzek, sufitów, pochłaniało kolumny, balustrady, wrastało w kamień silnymi, jędrnymi korzeniami, splatało się ze sobą i zrastało w wielkie płaty, rozgałęziało niczym fraktal mnogością odnóg, żył, kości, ścięgien. Szedłem tak wolno, jakbym zaraz miał zmienić się w posąg. Otworzyłem jedno z biur. Ze ściany wyrastały poskręcane, zginające się w wielu stawach wypustki, równie mięsiste jak płaty pokrywające ściany i zwieńczone monstrualnymi dłońmi o palcach zrastających się w szpikulce z których skapywała nieokreślona czerń. Obok, w podłogę, wmurowano wielką kadź wypełnioną smolistą cieczą. Olbrzymia, zdeformowana ręka sięgała paralitycznymi ruchami do tego zbiornika, po czym – równie paralitycznie – próbowała kreślić coś na rozrzuconych po całym wnętrzu kartach papieru. Niegdysiejsza płynność ruchów jednak ustępowała miejsca brakowi jakiejkolwiek koordynacji. Kończyna – a może wręcz całe stworzenie – miotała się bezładnie, w ślepych konwulsjach. Co chwila upadała na posadzkę, by podnosić się w beznadziejnym usiłowaniu doprowadzenia zadania do końca. Wyszedłem, nie mogąc znieść tego obrzydliwego widowiska, ale za kolejnymi drzwiami ujrzałem to samo. I jeszcze raz. I jeszcze raz. Nieskończoność wyrastających ze ścian pokracznych, bezwładnych rąk, próbujących pokrywać pismem kolejne zszarzałe lub pożółkłe arkusze.

Nagle odniosłem wrażenie, że słyszę łkanie. Odwróciłem się, próbując skoncentrować się na dziwacznym dźwięku. Dochodził z szerokiego, wysokiego korytarza pośrodku holu, do którego wkroczyłem. Podążyłem za hałasem, otoczony wżartymi w kamień cielistymi, pulsującymi naroślami. Płacz dochodził z jednego z pomieszczeń sąsiadujących z kolejnymi wrotami. Powoli, tak powoli jak to tylko możliwe, zajrzałem do środka. W świetle świecy na ziemi, wtulony w mięso siedział człowiek. Kiedy usłyszał mnie, odwrócił się i wtedy go poznałem – był to karzeł, którego widziałem w cukierni; nawoływacz–hagiograf, orędujący wczoraj dla Burmistrza.
– Nic nie ocaleje – wyszeptał przez ściśnięte rozpaczą gardło. – Niczego już nie można zrobić. – W ręce trzymał zakrwawiony nóż. Kręcił głową, wolną ręką trzymając się za włosy. Z ust spływała mu strużka śliny.
– Co się stało? – zapytałem.
– On umiera – wyszeptał mężczyzna. – Próbowaliśmy wszystkiego – wycedził ze złością, podnosząc wzrok na kupę łachmanów leżących w kącie. Omiotłem gałgany wzrokiem, po czym je rozchyliłem. Poczułem na dłoniach coś mokrego i lepkiego, a kiedy uniosłem dłonie do światła, zorientowałem się, że to krew. Pośrodku sterty obrzydliwych szmat sterczał jakiś drąg. Chwyciłem go i podniosłem – ze zwału zakrwawionych gałganów wyłonił się sztandar, który widziałem tego dnia niesiony przez procesję biczowników.
– Poświęcili swoje ciała – wyjaśnił płaczący karzeł. – Oddali się na pokarm dla niego. Ich świeże, dojrzałe życie. Przyszli, aby nakarmić go zdrowiem. Ale to nie pomogło i w niczym nie mogło pomóc. Ja też nie mogę już nic zrobić. Po co przyszedłeś? – zapytał na koniec.
Wyciągnąłem z płaszcza zmiętą kartkę, na której pewna siebie, urzędnicza dłoń wypisała wezwanie, i cisnąłem ją w stronę mężczyzny. Odłożył nóż i chwycił kartkę w dłonie. W słabym blasku świecy musiał przybliżyć ją do oczu.
– Przyszedłeś na darmo. Niczego nie załatwisz. Nie ma już naszego miasta – powiedział.
– Wezwanie przyszło tego wieczoru – odparłem.
Karzeł podniósł na mnie wzrok. – Jesteś pewien? – zapytał.
– Nie mam powodów, aby kłamać.
– W takim razie możesz spróbować z nim porozmawiać. Jest za drzwiami. Ale nie sądzę, aby to coś dało. On umiera. Umiera. Na mnie też przyszedł czas.
Powiedziawszy to, odrzucił moje wezwanie, podniósł ostrze i błyskawicznym ruchem przeciął sobie tętnice na szyi. Krew, czarna w nikłym świetle przygasających ogarków, wytrysnęła na mięsiste narośle. Upadł. Ciało drgało chwilę, po czym zapadło w ten sam martwy bezruch, co miasto na zewnątrz. Ku ciepłym jeszcze zwłokom z obłych, skórzastych narośli wysunęły się pozałamywane w licznych stawach miękkie wypustki, i poczęły rozlewać się po trupie. Wstrząsnął mną napad torsji, a ciało zalał lepki, zimny pot. Wyszedłem, nie mogąc oglądać tego pożerania, tej ostatniej wieczerzy, ostatniego posiłku skazańca, spożywanego z łapczywością umierającego organizmu. Wychodząc, podniosłem z podłogi nóż oraz świecę i podszedłem do porośniętej cielistą tkanką ściany korytarza. Dotknąwszy jej dłonią, pod grubą warstwą czegoś miękkiego wyczułem puls. Mięso było chłodne. Wbiłem w nie nóż aż po rękojeść, ciąłem powoli, metodycznie, aż powstała pulsująca wyrwa. Ściekała z niej czarna, tłusta ciecz. Otarłem ją dłonią i przybliżyłem do twarzy. Zapach zgnilizny i choroby – ten sam, którym cuchnęła kawa z kranu.

Wrota stanowiły miniaturową wersję zewnętrznej bramy, lecz tutaj rozmach wizji deformowały wrastające w kamień i metal narośle. Po drugiej stronie potworniała pustka, mięsisty bezkształt – wiedziałem o tym, ale nie mogłem nie usłuchać wezwania, nie mogłem oprzeć się potrzebie, by zakończyć, co byłem winien zakończyć jako człowiek poddany władzy. Pchnąłem lekko drzwi. Otworzyły się ze rdzawym chrobotem, rezonującym pośród niekończących się korytarzy Urzędu. Wewnątrz kłębiły się cienie, które rozpędzałem blaskiem świecy. Wnętrze porastały fałdy skręconego mięsa, żylasta, miękka tkanka. Grubsze i cieńsze sploty żył zbijały się w arterie, te zaś wyodrębniały się z masy i wiodły ku skrytemu w ciemnościach biurku, za którym ktoś siedział, plecami do mnie. Podszedłem ostrożnie, wyciągając przed siebie nóż. Żyły – grube, węźlaste, pulsujące gangreną – oplatały fotel. Spróbowałem delikatnie go odwrócić. Cielista masa naprężyła się, ale fotel jął przekręcać się w moją stronę. Wówczas go ujrzałem. Nagie, starcze ciało, rozparte nieprzytomnie na siedzisku.

Klatka piersiowa Burmistrza, zapadnięta i pomarszczona, unosiła się nieznacznie, wręcz niezauważalnie z każdym świszczącym oddechem umierającego. Jego wychudłe ręce wrastały w poręcze, oplatały je mięsem, które dalej rozrastało się na ściany, wnikało w nie i wiło się nieskończonością korytarzy Urzędu do samego miasta. Jego cienkie nogi wpuściły korzenie w posadzkę, jego męskość zrastała się z cielistą masą. Twarz Burmistrza skrywała maska – ta sama połyskliwa maska, której przedstawienia widziałem w głównym holu. Odłożyłem świecę i nóż na biurko, po czym delikatnie chwyciłem krawędzie bladej skorupy, pod którą ukrywało się jego oblicze.

Usłyszałem mokry dźwięk, jakby ciętego mięsa lub oddzieranego papieru. Burmistrz westchnął głębiej. Maska odpadła. Pod nią jednak kotłowały się tylko robaki, toczące guzowate węzły zdeformowanej twarzy, tłoczące w żyły śmiertelną gorączkę. Obrzydliwa, czerwona rana, która niegdyś była ustami, poruszyła się. Przybliżyłem ucho, próbując pochwycić niemal niesłyszalny szept. Zrozumiałem jednak tylko ślady dawnych słów, ich zdeformowane, zwyrodniałe strzępy, których nie sposób złożyć w żadną całość. Mogłem jedynie zgadywać, więc spróbowałem. Czy miałem inne możliwości, inne odpowiedzi? Podniosłem nóż i szybkim, długim cięciem wzdłuż podgardla uwolniłem go od cierpienia, którego nie mógł – nawet on, wszechmocny demiurg – uniknąć. Ciało w fotelu wyprężyło się, po czym ogarnął je miękki, szmaciany bezwład. Z noża skapywała tłusta czerń.

Siedziałem jeszcze długo, długo, aż w końcu świeca wypaliła się i wokół zapadła ciemność. Trzymałem w rękach burmistrzowską maskę, jego ostatnią koronę, badając palcami jej fakturę. Wziąłem głęboki oddech. Znudzony, wyczerpany i zobojętniały na to, co może nadejść, poddałem się pierwszej pokusie, jaka musiała się pojawić. Wnętrze maski, kiedy dotykała mojej twarzy, było jeszcze ciepłe.

Młodość ma swoje prawa. Jednym z jej praw jest siła, która pozwala przezwyciężyć chorobę. Gdy moje ciało poczęło wrastać w twardość marmurów, wiedziałem, że kiedyś zmoże trawiącą je gorączkę. Kiedyś wygra. Na razie muszę czekać, uczyć się władania kończynami wyrastającymi na glebie starych, gnijących tkanek, opadłych ze ścian w chwili śmierci mojego poprzednika. Jestem jeszcze słaby i nie potrafię zapanować nad miastem. Jest martwe, jego martwota trwa już dziesięciolecia, plagi pustoszą ziemię wokół. Wiem to, czuję całym sobą. Młodość ma swoje prawa, jednym z nich jest słabość. A ja jestem jeszcze wątły, zbyt wątły, by stawić czoła pełni wyzwań.

Potrafię jedynie władać kilkoma ramionami, jeszcze nieporadnymi, których palce spisują warianty tej historii, ubierają ją – wedle moich kaprysów płynących z nudy – w szaty mityczne. Ale palce te spisują także prawa, które wdrożę gdy tylko zyskam siły, by działać, by wszystko przywrócić na miejsce. Również ta opowieść stanie się kiedyś jednym z praw, wykwitnie z niej cała kosmogonia, rozbłysną nowe słońca.

Nie zadaję sobie pytania, dlaczego to ja stałem się tym, kim się stałem, tak jak nie zadaję sobie pytań o to, dlaczego on stał się tym, kim się stał. Tak się po prostu zdarzyło. Nie pragnę tej wiedzy. Poniekąd z konieczności, która najlepiej zmusza do pokory. Jestem zatem pełen pokory i nie pytam o los. Przywracam impulsy, drgnienia, czucie; staram się wsłuchać w podszepty martwego miasta, oczekując dogodnego momentu, gdy wzrastające we mnie siły i okoliczności zejdą się w jednym punkcie i wszystko rozpocznie się od nowa. Póki co mam całe stulecia na rozmyślania i ćwiczenia. Długo. Albo i nie. Natomiast wiem dobrze, że kiedy już będę mógł działać, perspektywa dostępnego mi czasu, choć złudna, wciąż będzie pachnieć wiecznością.

wtorek, 6 grudnia 2016

Z ogłoszeń parafialnych

Szanowni,

a) ukazało się ostatnio kilka recenzji NMW. Podaję linki:
Ukryta cytadela
Art of Reading
Samotnia
zaś część audycji Misterium Grozy poświęcił książce Krzysztof "Korsarz" Biliński (oprócz o NMW możecie tam posłuchać również o Kostuszce Carli Mori, którą bardzo polecam). Autorom recenzji dziękuję za poświęcony na lekturę czas i chęć, by podzielić się wrażeniami.
Zbiór wszystkich teksów o NMW znajdziecie na dedykowanej podstronie.

b) Spadek aktywności na blogu jest spowodowany kilkoma czynnikami, głównie zmianą miejsca zatrudnienia piszącego te słowa, a także intensywnymi pracami nad nowymi tekstami, które chciałbym z różnych powodów zamknąć jak najszybciej, oczywiście bez uszczerbku dla jakości prac. Mam nadzieję zaktywizować się także tutaj tak szybko, jak się da.

To tyle. Dobranoc.

wtorek, 8 listopada 2016

Co po Spisku? - krótka polemika z Łukaszem Orbitowskim

Wczorajszy wpis na blogu Łukasza Orbitowskiego o Thomasie Ligottim wywołał niewielką kłótnię w Internecie. Przyznaję, że sam dałem się trochę ponieść emocjom, zwłaszcza że Orbitowski (którego książki – pragnę zaznaczyć – bardzo lubię i mam w pokaźnej ilości na półce), celem wykreowania pewnego mocnego obrazu literackiego, dość poważnie rozminął się z prawdą odnośnie do bohatera swojego wpisu. Co nie wynikało oczywiście ze złej woli autora, a z tego, że biografie artystów raczej nie są i nie powinny być przedmiotem szczególnego zainteresowania rozsądnych czytelników. Niefortunność notki Orbitowskiego polega na tym, że akurat w wypadku Ligottiego aspekt biograficzny jest bardzo ważny dla zrozumienia specyfiki emocjonalności jego pisarstwa i często stanowi klucz do pewnych idei, które Amerykanin przedstawia w swojej twórczości. Choć oczywiście idee te pozostają uniwersalne, nie osobiste.

Osobnym problemem jest to – i to, jak mi się wydaje, stanowiło dla Orbitowskiego impuls dla popełnienia tego bardzo emocjonalnego wpisu – czy idee, które przedstawia Ligotti można w ogóle zaakceptować, a jeśli tak, to co z nich wynika.

Trzeba powiedzieć uczciwie, że Ligotti w Spisku przeciwko ludzkiej rasie uczynił rzecz na swój sposób potworną: z maestrią właściwą skali swego talentu wsadził skalpel – a może nie skalpel, ile raczej, biorąc pod uwagę siłę wywodu – dłuto snycerskie dokładnie w to miejsce w głowie każdego z nas, gdzie niezależne od nas instynkty i uwarunkowania przyoblekają się w formę poglądów, o których zwykliśmy myśleć, że są owocem naszych wyborów i rozważań. Ligotti odbiera tym samym człowiekowi – nam wszystkim - podmiotowość, demaskuje ją jako fikcję. Lektura Spisku jest jak wejrzenie w ślad za marionetkowymi sznurkami wprost w otchłań, w którą one prowadzą; w absurdalną potworność, w której są zawieszone. A odsłoniętego horrendum egzystencji przecież nie da się odzobaczyć.

Spisek jest książką, po której - na pierwszy rzut oka - życie teoretycznie powinno być niemożliwe. Polski pisarz przyznaje, że z intelektualnego punktu widzenia niebywale trudno jest Ligottiego poglądom na życie odmówić słuszności. Tylko, że życie – jak konkluduje – samo w sobie nie jest procesem intelektualnym. I ta myśl jest słuszna, choć Orbitowski wyciąga z niej zupełnie inne dalsze wnioski. Życie dzieje się niezależnie od tego, co sobie o nim myślimy. Rzeka życia płynie nieustannie, być może zmącona krwią i ropą ginących i gnijących ciał tego świata, ale niezmącona naszymi ideami, naszymi wartościami i kategoriami, którymi ją opisujemy. Także nasze życie, będące częścią tego wielkiego nurtu trwa na ogół niezależnie od tego, co sobie na jego temat myślimy. Z tego zapewne, z tego silnego rozdźwięku pomiędzy tym, co można myśleć o życiu, a co można uczynić z życiem, wzięła się brutalna, witalistyczna tyrada, niczym cios z kontry, w desperacji wymierzony nieco na oślep, efektem czego uderza w osobę, a nie w ideę. Rzecz w tym, że rozdźwięk, który tak dotknął Orbitowskiego, nie istnieje. Bo co tak naprawdę można uczynić z życiem po przeczytaniu takiej książki jak Spisek przeciwko ludzkiej rasie?

Nic.

Z życiem nie można uczynić nic ponad to, co czynimy odkąd zaistnieliśmy jako samoświadomy gatunek. Czy podoba się nam ono, czy budzi w nas wstręt – ono będzie trwało. Planeta Ziemia jest chora na życie i będzie chora tak długo, aż problemu nie rozwiąże jakiś kosmiczny kataklizm. Być może Wszechświat roi się od planet zakażonych tą chorobą; ich zupełne wybawienie kryje się dopiero w śmierci cieplnej. Wie to z pewnością Orbitowski, ale wie to również Ligotti, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wszechwładzy konieczności, które wynikają z bycia żywym, nie mamy szans się wyrwać, a już na pewno nie mamy szans jako zbiorowość, jako gatunek.

Wobec tej świadomości Ligotti nie zmusza nas, byśmy odrzucili życie, byśmy – jak Houllebecq pisał o Lovecrafcie – bez trwogi powiedzieli życiu wielkie Nie. I wbrew pozorom nawet nas do tego nie namawia. Jego postulaty, takie jak antynatalizm, mogą być rozpatrywane wyłącznie w bardzo osobistej, intymnej perspektywie etycznej. Ale i tutaj Ligotti nie próbuje zagadywać rzeczywistości, ponieważ dobrze zdaje sobie sprawę, że zbyt silnie podlegamy prawom przyrody. Jak przystało na pesymistę, nie ma w nim naiwności i arogancji, której wyrodnym dzieckiem jest pragnienie wpływu. Nie mamy wyboru, by odrzucić życie, by odmówić dołożenia swojej cegiełki do ciągłości ludzkiego trwania, jeżeli nie jesteśmy przez okoliczności zaprogramowani, by tak uczynić. Nie zbuntujemy się, jeśli wszechświat nie nakazał nam urodzić się do tego buntu. Buntu, który w istocie znaczy tyle samo, co poddaństwo, czyli nic. Nasze afirmacje są bez znaczenia, ale i nasze abominacje są także bez znaczenia. Ligotti po prostu odsuwa zasłonę, za którą kryje się pozbawiony oblicza lalkarz, pociągające za sznurki cień i ciemność. Odsłania i mówi: spójrzcie, to piekło jest wszystkim, co macie i co możecie mieć. Nigdy nie będziecie mieć nic innego i będziecie w nim trwać tak długo, jak ono będzie trwało. A później znikniecie, wy, mądre zwierzęta z bajki Nietzschego. Tylko tyle.

A my możemy się albo zaśmiać albo zapłakać. Albo wzruszyć ramionami. Pokiwać głową lub pokręcić. Możemy się nawet cieszyć. Bo w gruncie rzeczy co za różnica?

czwartek, 3 listopada 2016

Na opak - Oliver Onions wreszcie po polsku

Zazwyczaj nie wrzucam zapowiedzi książkowych, przy których nie mam jakiegoś udziału, ale tym razem czuję się zobowiązany zrobić wyjątek, bowiem i o wyjątkowym pisarzu mowa.

W grudniu w BG wychodzi tom opowiadań Olivera Onionsa. O Onionsie pamiętają dziś tylko znawcy gatunku, a polscy czytelnicy jeżeli go w ogóle kojarzą, to tylko z jednego opowiadania, Wabiącej ślicznotki wydanej w antologii Opowieści z dreszczykiem: Noc pierwsza z 1957 roku.

Prawie 60 lat od publikacji ledwie jednego opowiadania to więcej niż dość, by o pisarzu zapomnieć. A zapomnieć o Onionsie nie wolno. Dlaczego? Bo to twórca wybitny. Myślę, że najlepiej ujął temat David Stuart Davies we wstępie do The Dead of Night - zbiorczego wydania opowiadań Onionsa w edycji Tales of Mystery & Supernatural Wordswortha (2010):

Opowieści ghost story Oliviera Onionsa są równie niezwykłe jak jego nazwisko. Ta wyjątkowość pośród innych twórców literatury nadnaturalnej grozy polega na niemożności łatwego zaklasyfikowania jego prac, których literackie tło oraz treść znacznie przekraczają ramy gatunku. Jeden z najznamienitszych znawców ghost story, Mike Ashley zauważył, że „najlepsze opowiadania Onionsa to teksty eksplorujące ludzką skłonność do stosowania przemocy fizycznej, których ogromną siłę podbija wnikliwe studium psychologiczne postaci oraz nieustanna gotowość do kwestionowania utartych prawd i poglądów.”

Opowiadania Onionsa są również obdarzone cudowną, poetycką elegancją, której jakże często brakuje nawet najlepszym opowieściom ghost story. Podczas gdy inni pisarze na ogół koncentrują się na wykreowaniu nastroju i nakreśleniu obrazów, pomyślanych by zmrozić krew w żyłach, Onions wspaniale wzbogaca swoją prozę nadaniem jej niepowtarzalnej głębi i piękna, które nie tylko świetnie służą rozwojowi fabuły, ale również sprawiają, że wykreowane przez pisarza postaci nabierają życia, stając się czymś o wiele więcej niż pionkami przesuwanymi po fabularnej szachownicy. Mówiąc wprost, Onions jako twórca grozy idzie w stronę bardziej intelektualną niż emocjonalną. Ale, nie dajcie się zwieść. Jego twórczość osiąga zamierzone efekty. Opowiadania Onionsa nie tylko wytrącają czytelnika z równowagi podczas lektury, ale także sprawiają, że niepokój zostaje z nim jeszcze na długo po zamknięciu książki.

Jedną z największych przyjemności w obcowaniu z tą twórczością jest obserwowanie, jak Onions pozwala swoim pomysłom swobodnie oddychać, rozwijać się niespiesznie swoim rytmem. Większość jego opowiadań jest dość długa, niektóre wręcz łamią granice pomiędzy opowiadaniem a minipowieścią. Nie spodziewajcie się akcji gnającej na oślep, ku szybkiemu rozwiązaniu. Onions ku wstrząsającej kulminacji prowadzi nas powoli, acz nieubłaganie. Być może ta subtelność warsztatu i stylu Onionsa, brak skłonności do prostego efekciarstwa sprawiły, że jego wspaniałe ghost story nie zostały należycie docenione w swoim czasie
.



Nie pozostaje mi dodać nic innego, może tyko tyle, byście zawczasu odłożyli sobie dwadzieścia kilka zł na grudzień, bo bardzo, bardzo warto.

poniedziałek, 24 października 2016

Świat jako monstrum - prelekcja z KFASONU

Jak obiecywałem, tak czynię - poniżej możecie obejrzeć zapis prelekcji, wygłoszonej podczas krakowskiego festiwalu grozy KFASON (22.10.2016)

środa, 19 października 2016

22.X.2016 - Kfason

Dobry wieczór,

Uprzejmie informuję, że w najbliższą sobotę w Krakowie odbędzie się krakowski (trudno, by np. katowicki) festiwal grozy Kfason. Na którym mam zaszczyt być jednym z prelegentów. Opowiem trochę o problemie zła w weird ficton i o różnicy w podejściu do problemu zła pomiędzy weird a horrorem. Prelekcja odbędzie się w artetece biblioteki publicznej na uj. Rajskiej w Krakowie, na III piętrze o godz. 14:30.