poniedziałek, 7 października 2019

O krwi

Bardzo długo gryzłem się w język i bardzo mocno. Teraz krew w każdym słowie.

A przecież – uczono mnie – trzeba uregulować koryto, którym płynie ta rzeka, trzeba postawić betonowe płyty na brzegach, by strumień był wartki i przejrzysty. Więc nauczyłem się mówić tak, żeby w tym czerwonym bulgotaniu, w tym mieleniu zmasakrowanego języka obijającego się o poczerniałe od skrzepów zęby i wargi, dało się rozpoznać słowa.

I to jest właśnie to, co wszyscy słyszą: słowa.

Więc mówią: to nic innego niż słowa. Jak bańki mydlane: nie zostaje po nich nic.

A ja mówię: to nic innego niż krew. Zostaje po nich brunatniejący ślad, czasami czarna grudka, czasami zapach żelaza.

O technice, o pisaniu

Czasami zdarza się, że ktoś zapyta mnie o „sprawy warsztatowe” związane z pisaniem albo robieniem zdjęć. Czuję się wówczas bardzo dziwnie, tak jakbym próbując objaśnić dlaczego (i jak) coś zrobiłem, trafiał na mur: rzeczy, które mówię nie odnoszą się do istoty tego, o czym chciałbym powiedzieć.

Rozmowa o zdjęciach najbardziej to uwidacznia, ponieważ o wiele szybciej schodzi na sprawy czysto techniczne. Mówimy o ekspozycji, prędkości migawki, ogniskowej, ISO, temperaturze, kompozycji kadru itd. tak jakby to dziwaczne wrażenie, które mam gdy na coś patrzę i które zmusza mnie do zrobienia zdjęcia i próby wydobycia istoty tego wrażenia w procesie obróbki dało zamknąć się w szeregu pojęć rozpisanych przy pomocy wartości liczbowych, ponieważ fotografia w swoim wymiarze technicznym to w zasadzie czysta matematyka. A tak przecież nie jest, a przynajmniej nie do końca: próbuję wyartykułować jakąś myśl i kluczę, meandruję, ślizgam się po temacie, ale nie potrafię powiedzieć dlaczego uważam jakieś zdjęcie za udane albo dlaczego coś w nim do mnie przemawia (nawet jeśli technicznie nie jest całkiem poprawne). Tekstura? Plastyka? Ale dlaczego taka tekstura, dlaczego taka plastyka? Im mocniej próbuję powiedzieć o czymś, co jest we mnie, co powstaje we mnie gdy na coś patrzę, tym bardziej ten przedmiot mi umyka.

Podobnie jest z pisaniem. Niewiele rzeczy tak mnie denerwuje jak idea „kreatywnego pisania” (pomijam już absurdalność tego sformułowania, bo to temat na osobny tekst), w której jest coś ze sprowadzania literatury do poziomu algorytmów, których użycie na czytelniku przynosi określone efekty. Mogę myśleć i mówić o ideach, o sądach zawartych w tekście, o postawionych w nim pytaniach, mogę rozmawiać o światopoglądzie pisarza i próbować ustosunkować się do tego, co chciał mi powiedzieć, mogę odnieść się do jego wrażliwości, ale kiedy rozmowa schodzi na temat kuchni, zaczynam czuć, że tak naprawdę tracimy coś, co jest sednem całej sprawy. Że to, co jest w niej najważniejsze (o wiele ważniejsze – jak sądzę – od komfortowego zabijania czasu) zostaje obudowane murem ze słów albo zepchnięte gdzieś na margines.

Wydaje mi się zresztą (może tylko się wydaje – nie upieram się), że jest to pewna poznawcza i emocjonalna krzywda, którą wyrządza nam literatura typowo rozrywkowa. Chcemy być wodzeni za nos, oczekujemy zaskoczenia, pragniemy immersji (modne słowo) i zagadki, którą rozwiążemy z bohaterem. Żądamy przygody. Chcemy miło spędzić czas, odprężyć się. Jest w tym ukierunkowaniu na własną, doraźną korzyść jednoczesne zamknięcie na coś, co tak naprawdę w czytaniu jest najpiękniejsze: dialog i otwarcie się na innego człowieka, na jego wrażliwość i doświadczenie, które popchnęły go do pisania.

Daje się to zauważyć podczas czytania znakomitej większości internetowych recenzji. Na ogół można je sprowadzić do sformułowań takich jak „bawiłem się dobrze/źle”, „porwało mnie/nie porwało”, „było fajne / było nudne”, „fajna / niefajna historia”. I pewnie ta redukcja jest możliwa właśnie dlatego, że często tego typu książki nic ponad to nie oferują: nawet nic, z czym można byłoby się nie zgodzić. Ale to tylko jeden wymiar problemu. Drugim jest odbiorca, dla którego wszystko zostaje sprowadzone do skutecznej albo nieskutecznej realizacji algorytmów frajdy, która może jest przyjemna, ale jednak dość prymitywna.

To podejście okalecza wrażliwość: czytam później opinie o różnych książkach, na przykład „Lodzie” Anny Kavan i nie dostrzegam żadnego zdania o tym, jak w tej powieści zamknęło się jakieś paraliżujące, straszliwe doświadczenie egzystencjalne (Utrata dwójki dzieci? Wojna? Uzależnienie od heroiny?), które potrzebowało tak dziwacznej formy, by zostać wyartykułowane. Widzę natomiast opinie typu: „bełkot”, „bez sensu”, „szkoda czasu”. Rzecz niewspółczesna, napisana bez wykorzystania narzędzi realizacji zabawy, napisana – jak sądzę – bez ukierunkowania na komfort odbiorcy zostaje odrzucona. Tak dokonuje się coś przygnębiającego: ludzkie doświadczenie trafia do emocjonalnego kosza. Nie potrzeba go, nie widać go. A przecież najlepiej ujął to Cioran, zadając pytanie o to, ile jest warta literatura inna niż ta, którą człowiek pisze, żeby nie musiał wyć (cytuję bardzo niedokładnie, bo nie mam książki przy sobie).

czwartek, 4 kwietnia 2019

Piach

Uwierają mnie słowa, których nie wypowiadam, a jeszcze bardziej uwierają mnie słowa, których wypowiedzieć nie potrafię. Ale jednak najbardziej te, które wypluwam. Ćwiczę się w tej trudnej, być może beznadziejnej sztuce; im większą osiągam sprawność, tym mniej potrafię powiedzieć – bardziej rozumiem to, czego powiedzieć się nie da. Być może bardziej widzę słowa jako piach, który wysypuje się z ust, choć wewnątrz, we własnej ciemności, było możliwe wznoszenie z niego różnych konstrukcji, odkrywanie w nim różnych rzeczy, odnajdywanie źródeł. Ale na zewnątrz jest tylko piach posklejany w grudy zdań, coraz więcej piachu, który z czasem rozsypuje się z wiatrem i zaczyna formować wydmy.

A zatem być może zostaje ćwiczenie się milczeniu.

Nic do powiedzenia, co byłoby warte wypowiedzenia. Nic do powiedzenia, co byłoby warte wysłuchania. Jak piach – jak pustynia. Mówienie, jak martwota.

piątek, 28 grudnia 2018

Niewypowiedziane, niewydarzone

Obok grobowca, w którym spoczywają moi dziadkowie i siostry, znajduje się mały, bezimienny grób dziecka. Jest tam odkąd pamiętam, to znaczy pojawił się jeszcze zanim zacząłem świadomie odbierać otoczenie, w którym się znajduję. Nie przypominam sobie, aby kiedykolwiek wisiała na nim jakakolwiek tabliczka.

Wokół mojego rodzinnego grobowca jest dużo dziecięcych grobów, na ogół noworodków zmarłych wkrótce po porodzie albo dzieci, które nie przetrwały pierwszego roku życia. Mają imiona i daty, znaczące czas ich pobytu. Ten jeden grób, jakby przytulony do naszego, oddzielony ledwie warstwą betonu, nie ma żadnych oznaczeń, żadnych słów.

Pamiętam, że kiedy jeszcze byłem mały, od czasu do czasu na grobie ktoś kładł kwiat, czasami zapalał znicz. Te gesty pamięci stawały się chyba coraz rzadsze, podobnie jak gesty pośmiertnej troski, aż w końcu metalowe obramowanie, przeżarte rdzą, niemal całkiem się rozpadło. Mój ojciec zbudował więc prosty płotek, aby jakoś oznaczyć ten maleńki grób, który już zdążył niemal całkiem zrównać się z ziemią wokół. Być może sprawę mogłoby wyjaśnić dokładniejsze badanie, kwerenda w rejestrze pochówków. Być może udałoby się tam znaleźć jakieś nie mówiące nic imię i nazwisko i przypisać je do tego kawałka ziemi. Ale co dalej, co więcej?

Zazwyczaj myślimy o życiu jako o opowieści, o jakiejś historii. Ma swojego bohatera, początek, rozwinięcie i koniec, ma jakieś punkty kulminacyjne, wątki i postaci poboczne. Tak porządkuje się chaos zdarzeń, tak maskuje się przypadkowość. Ale co powiedzieć o życiu, które jest brakiem opowieści, brakiem historii, brakiem postaci? Co pomyśleć o takiej nie-historii, o zanikającym echu nigdy nie wypowiedzianych słów? Co pomyśleć o takiej chwilowej fluktuacji chaosu, o powidoku po świetle, które zgasło, zanim można było je świadomie dostrzec?

Co się stało z ludźmi, którzy przestali dbać o ten grób, dlaczego przestali dbać? Czy wyjechali, żeby uciec, czy umarli, czy zapomnieli, czy może nigdy nie było to dla nich ważne? Nie znajduję żadnego punktu zaczepienia dla domniemań o historii, która nie wydarzyła się na długo przed tym, jak zacząłem świadomie postrzegać świat. A jednak echo tego niewypowiedzenia uwiera mnie za każdym razem, kiedy tam się znajdę.

Potem o nim zapominam.

piątek, 2 marca 2018

Porcja ogłoszeń parafialnych

Moi drodzy,

Tak się złożyło, że wyczerpał się pierwszy nakład Miasta i rzeki. Dodruk jest już w drodze. Tymczasem o książce wypowiedzieli się:
Niekoniecznie jasno pisane - Marcin Knyszyński
Podwieczorek u Morfeusza - Beniamin Religa
Zupełnie inna opowieść - Przemysław Poznański

Oprócz tego wypowiedziałem parę zdań w rozmowie z Kosmą Mitraszewskim na blogu Czytam Wiec Jestem

Prace nad Merkuriuszem trwają. Nad Domem wszystkich snów też. I nad Songs of a Dead Dreamer też.

sobota, 6 stycznia 2018

Miasto i rzeka / Droga zjednoczenia

Poniżej dwa kawałki z nowel, które właśnie przychodzą na świat w drukarni, nakładem Wydawnictwa Dom Horroru:

Miasto i rzeka

Maszerowaliśmy w milczeniu, pokonując zacinającą ulewę. Nie mogłem pozbyć się z myśli widoku ciała mojej ofiary, płynącego rzeką. Weszliśmy w wąskie, pnące się w górę uliczki, by wreszcie dojść do bramy jednej z kamienic. Mój przewodnik wyjął z kieszeni klucz i otworzył drzwi, weszliśmy w ciemną, zapleśniałą sień, a następnie zeszliśmy do piwnicy. Znów przemierzaliśmy długie korytarze, wielkie, dawno opuszczone składy i dziwne pomieszczenia. Gdzieniegdzie dało się zauważyć wyburzone mury, przebite ściany, przez które wiodła ścieżka.
- Najprościej dostać się do Kościoła właśnie z piwnicy – powiedział mężczyzna. To nie jest żadna szczególna piwnica, po prostu mieszkam w tym budynku. Owszem, czasami można przedostać się na podwórze kościelne, ale do środka… dostanie się pan tylko tak. Niektóre kamienice mają przejścia.

Szliśmy, aż nagle, w jednej z piwnicznych komór, zobaczyłem grupę nędzarzy, siedzących wokół ogniska, którego słaby, żółty płomień rozświetlał upiorną łuną ich zmizerowane, chore twarze, wysysał tlen i sprowadzał na to miejsce atmosferę febrycznej duszności.
- No i już prawie jesteśmy – powiedział mężczyzna. Za chwilę zrobi się tu tłoczno.
Po chwili przeciskaliśmy się korytarzami i salami, w których było coraz więcej ludzi. Złachmanieni, brudni, starzy - pojękiwali, rozmawiali bełkotliwie lub siedzieli w bezruchu. Niektórzy z nich trzymali w rękach szczególne przedmioty – zabawki, narzędzia kuchenne, zdjęcia, drobne przedmioty codziennego użytku. Ścisnąłem samochodzik trzymany w kieszeni.

Minęliśmy skupisko i wysokimi, krętymi schodami wiodącymi w górę weszliśmy do olbrzymiej nawy starego kościoła. Wnętrze rozświetlały strzępy świateł z płonących gdzieniegdzie małych ognisk, przy których ogrzewali się bezdomni. Wszystkie pozostałe sprzęty – resztki ław, stalle, ambona – było zniszczone, przykryte grubą warstwą kurzu i pleśni. Ołtarz niknął w zupełnych ciemnościach, jakby ziała tam tylko kosmiczna, niezmierzona czerń. Szczątki świeczników, rzeźb, zarośnięte niegdyś wspaniałe obrazy – wszystko składało się na atmosferę rujnacji i zapomnienia, w jaką popadła ta niegdyś świetna, pyszna budowla. Zasiedliśmy w jednej ze zniszczonych ław. Wysoki strop świątyni zanikał w ciemnościach.

- Kiedy kamień wpada do wody, zostają przez jakiś czas kręgi na powierzchni, choć samego kamienia już nie ma – jest poniżej, nie istnieje już dla naszego świata. Istnieją dla nas jeszcze przez chwilę te fale – zaczął mówić mężczyzna. I te nasze budowle, które zostają po nas, nasze miasta, które odumieramy… to wszystko są kręgi na wodzie. Ślady na śniegu po kimś, kto już przeszedł i kogo pochłonęła zamieć. Przychodzę tu zawsze, gdy chcę sobie o tym przypomnieć, kiedy chcę to poczuć.
- Co to za ludzie?
- To jeszcze pan nie wie? To są wszystko przyjezdni, pacjenci Doktora. Ludzie, którzy utracili i nigdy nie pogodzili się z tą utratą. Ludzie, którzy żyją mrzonką, że można zawrócić kijem rzekę. I pan stanie się niebawem jednym z nich.
Milczałem.
- Kiedy byłem już dość starym człowiekiem, w wypadku samochodowym zginęła moja córka i jej nowo narodzone dziecko – powiedział nagle głuchym głosem. - Akcja ratunkowa okazała się nieskuteczna. Moja córka zmarła mimo reanimacji. Śniłem później, że przyjeżdżam do szpitala, powiadomiony o nieszczęściu, ale w szpitalu jest ciemno, nikogo nie ma, jest wymarły, umarły, pusty… jedynie słabe światła majaczące na końcu długich korytarzy. W końcu natrafiam, po beznadziejnej tułaczce po opustoszałym labiryncie, na jakąś pielęgniarkę i pytam ją o ofiary wypadku, przewiezione do tego szpitala. „Operują ją” – mówi z półprzymkniętymi od snu powiekami, wskazując ręką na jakąś daleką część szpitala. Więc pędzę tam, przedzierając się przez sale pełne pustych łóżek, przebijam się przez wiszące między łóżkami prześcieradła, przeskakuję przez zbrukane krwią i odorem śmierci materace, przez siatki, druty, taśmy zalepiające korytarze niczym pajęczyna. Aż wreszcie docieram w korytarz, na końcu którego, za drzwiami pali się światło. Sala operacyjna – informuje mnie napis nad tym rozjaśnionym pomieszczeniem, odciętym od przepełnionej śmiercią ciemności, przez jaką musiałem przejść. Czerwona lampa rozpalona obok napisu wskazuje mi jednoznacznie, że w środku trwa zabieg. I to czerwone światło zalewa wszystko, także mnie samego. I czekam. Czekam, czując przenikliwe zimno, czując obezwładniającą senność stowarzyszoną ze świadomością, że jeżeli zasnę w tym śnie, to już nigdy nie zobaczę córki. Aż wreszcie z sali wychodzi doktor. Jego fartuch jest ubrudzony krwią i… ziemią. Niesie coś w rękach, odzianych jeszcze w rękawice, na których zaschły ślady… po operacji. Podchodzę do niego, przepełniony zgrozą, bólem, ale i nadzieją. A on… podaje mi to, co trzyma – zasadzoną w doniczce roślinę.
- Tyle mogliśmy zrobić – mówi przez maskę. Zebraliśmy całe życie, jakie w niej zostało i przełożyliśmy w bardziej odpowiednie naczynie. Niedługo powinna zakwitnąć.

Droga zjednoczenia

Zaut przerwał, łapiąc oddech. Mówił cicho i musiałem przysunąć się bliżej. Dopiero wtedy poczułem przykrą woń, będącą połączeniem zapachu potu, chemii, choroby i starości.
- Metoda zakładała kilka stopni medytacji: przygotowanie, medytację symboli i identyfikację, medytację tekstów, medytację kultu i „uświęcenie”, medytację „ja”, medytację przeczuwanych własności oraz aspektów siły twórczej i wreszcie medytację zjednoczenia.

Przygotowanie oznaczało głównie ćwiczenia oddechowe. To ich urzeczywistnienie miało zapewnić gotowość ciała do bierności, odseparowanie jaźni od odruchów ciała. Następnie przystępowano do medytacji symboli: człowiek pogrążony w transie poddaje się bezwiednie sugestiom przewodnika-hierofanta, który ewokuje w nim kolejne miejsca do odwiedzenia: adept, powtarzając słowa prowadzącego, ma wyobrazić sobie, że opuszcza pokój, w którym się znajduje i wychodzi na otwartą, pustą przestrzeń, pozbawioną jakichkolwiek charakterystycznych punktów. Może być to nieskończenie rozległa pustać albo równia, otoczona ze wszystkich stron odległym łańcuchem górskim. Medytujący kontempluje przytłaczający ogrom, obezwładniającą jałowość krajobrazu, jego nienasyconą przestrzeń, w której rozpraszają się jakiekolwiek barwy i kształty. Następnie adept wyobraża sobie własny marsz przez tę potężną równinę, przeżywa własne, nieskończone dążenie przez bezkres. Ale w centrum tego bezkresu jest kaplica – prosta, sześcienna bryła, powiększająca się z każdym kolejnym krokiem adepta. Zrazu mała, niczym ziarnko piasku na nieskazitelnej bieli, wyrasta powoli w gmach kosmiczny, z jednym tylko wejściem, potężnym prostokątem czerni. Hierofant mówi: ci, którzy wznieśli ten gmach kosmiczny, byli szaleni. Ci, którzy wznieśli ten gmach kosmiczny, już dawno pomarli. Zostawili tylko to: monument klęski, zasklepienie ciemności, obszar katastrofy.

Na słowo prowadzącego człowiek przemierzający pustkę musi wejść w ten gmach, musi wyobrazić sobie niebotyczność ścian, które wcześniej zdawały się ziarnkiem piasku wobec bezmiaru, musi wyobrazić sobie, że ten gmach mieści w sobie wszystkich, których od początku samego nosiła, nosi i będzie nosić Ziemia i wszystkie inne światy, że mieści ich w sobie i daje schronienie przed tą traumą ogromu, przed trwogą bezkresu, jaka teraz wypełnia także jego samego.

Albowiem – tłumaczy przewodnik poprzez serię szeptanych sugestii, obrazów i metafor – żywi znajdują schronienie przed ogromem właśnie w obszarze katastrofy, w domenie klęski i rozczarowania. One sprawiają, że zaczynają rozumieć ten bezkres, ten ogrom, w którym – wydawało by się – nie ma nic do rozumienia, nie ma nic do poznania, nie ma żadnego miejsca, w które można się udać, gdyż nie istnieje w nim żadna topografia, poza umiejscowieniem kosmicznego gmachu – gmachu kosmicznej przegranej – w samym centrum. A zatem w samym sercu ogromu znajduje się rejon klęski i to właśnie w nim należy szukać wiedzy.

Zaut zamilkł. Oddychał teraz płytko i szybko, a ja obserwowałem, czy nie dzieje się z nim coś niepokojącego. Po chwili podjął wątek:
- Następnie adept wstępuje do tej monstrualnej, ale jednak znikomej wobec otoczenia kaplicy, do tego ciemnego sarkofagu, w którym kryją się wszyscy, których nosił, nosi i będzie nosić świat. Hierofant nakazuje adeptowi wyobrazić sobie, że ci ludzie śpią, od bardzo dawna, od tak dawna, że ich ciała wydają się skamieniałe. Leżą niczym figury na sarkofagach, bez oddechu, bez świadomości. Poukładani jedni na drugich, spiętrzeni w piramidy ciał.

Adept ma przejść pośród tych gór cielesnych, środkiem tego monstrualnego gmachu, aż natrafia po długim marszu na wielki lej w posadzce – opadającą pionowo bezdnię. Hierofant przekonuje go, że próbą jest skok, przełamanie lęku przed ciemnością. Musi sobie więc wyobrazić, że skacze, że zanurza się w ciemność, daje jej objąć i porwać.

A potem, po serii szeptów i sugestii opisujących lot w dół, przewodnik przywraca nagle adepta przed wyjście z Gmachu; to samo, którym ten uprzednio dostał się do środka.

Medytujący – albo raczej uwewnętrzniający, bo to raczej uwewnętrznienie niż medytacja – wychodzi z kaplicy, z gmachu kosmicznego, wprost na bezkres równiny. Ale teraz widzi zmianę, jaka zaszła: na wschodzie, znad dalekiego łańcucha górskiego, wyłania się czarna tarcza słońca – a wraz z nią dokonuje się zaciemnienie bezkresu. Czarne światło oblewa równinę i dopiero teraz, kiedy wszystko zmierza ku czerni, wyodrębniają się na niej kształty i sylwetki: całe miasta, wymarłe budowle wszystkich czasów, tak jak ze wszystkich czasów pochodzili ludzie uśpieni w gmachu.

Oto było ich wybawienie: monument klęski, zasklepienie ciemności, obszar katastrofy.

Ale teraz wschodzi czarne słońce: ciemność zalewa bezkres i nadaje mu kształt. Rzeczy tego świata z jasności wypalającej aż po biel wyodrębnia tylko ich cień. I ten cień rośnie, pęcznieje, kwitnie, coraz bardziej obficie z każdą chwilą.

Hierofant sugeruje adeptowi wyobrażenie wędrówki tego źródła czerni przez nieboskłon: wyodrębnianie kształtów poprzez zacienienie, aż po czarny zenit, gdy biel potężnej równiny przedzierzga się w niemal własne przeciwieństwo, i czarnego słońca wędrówkę na zachód, gdy kształty z wolna zaczynają przyoblekać się w oślepiającą białość.

To jest dopiero etap medytacji symboli; utrwalany powtarzaniem. Potem następuje medytacja tekstów: tekstów świętych i heretyckich, niskich i wzniosłych, precyzyjnych i wykwitów bełkotu. Zestawy symboli, zestroje rytmu, melodie słów. Znaczenia i ich kontrapunkty, archetypy i metafory… A to wszystko jest – można powiedzieć – wstępna diagnostyka. Początek, który pozwala się przygotować, ale jest też narzędziem oceny. Zwłaszcza medytacje, których przedmiotem stają się hasła, słowa, jakiekolwiek znaczeniowo nie tyle puste, co pojemne obiekty, w które można wlać własne…

Zaut przerwał. Był wyczerpany. Oddychając ciężko, opadł na oparcie. Laska wysunęła się z dłoni i upadła bezdźwięcznie na dywan. Poderwałem się, pełen obaw. Ale Zaut oddychał. Z jego ślepych oczu ciekły łzy.

niedziela, 3 grudnia 2017

Marsz

Być może maszerowaliśmy niezbyt równo. Może nasz krok był zbyt daleki od perfekcji. Być może mundury nie do końca dobrze na nas leżały (wszak munduru nie szyje się na miarę), a może nasza broń - choć śmiercionośna - nie budziła dostatecznego respektu.

Nie dość cicho był tłum, stojący gęsto wzdłuż szerokiej ulicy, którą prowadziliśmy nasz triumfalny marsz. Słychać było, jak gadają o zakupach, wizytach u lekarza, kłopotach w pracy, ostatnim odcinku serialu i wynikach sportowych z weekendu. O dzieciach, o zdradach, rachunkach, chorobach, jak żartują i pomstują, jak ziewają. Od czasu do czasu ktoś spluwał.

Ulica była długa, a marsz trwał, idąc (i szedł, trwając). Nasze twarze, maski triumfu i buty, zaczęły szarzeć. Ktoś w końcu powiedział, że być może nasz krok nigdy nie będzie dość równy, nasze mundury nigdy nie będą dość pięknie leżeć, a broń może i wzbudzi na chwilę strach, ale przecież do strachu ludzie potrafią się przyzwyczaić i po pewnym czasie przestają go dostrzegać. Staje się wtedy częścią życia, jak oddychanie, jak radość i smutek. "Nigdy nie zdobędziemy tego miasta" - ktoś rzucił. "Choćbyśmy je zrównali z ziemią, a mieszkańców wymordowali, nigdy nie zdobędziemy tego miasta".

Być może miał rację. Po naszej stronie była wprawdzie przemoc i cały jej potencjał, ale po ich - pogarda.

sobota, 2 grudnia 2017

Ogłoszenia parafialne

Ostatnio tu cicho. Wiem. Nigdy nie było głośno, ale przez ostatnie miesiące blog może sprawiać wrażenie martwego bądź martwiejącego. Mam na to - oczywiście - wytłumaczenie. Dużo pracy.

1) Zmieniły się nieco moje plany wydawnicze. Zupełnie niespodziewanie, okazało się, że w tym roku ukaże się moja trzecia książka pt. Miasto i rzeka. Jeżeli mówię "niespodziewanie", to mówię zupełnie serio: jeszcze pod koniec III kwartału byłem przekonany, że Miasto i rzeka będzie broszurową publikacją, ok. 80-stronicową mikropowieścią. Jednakże Tomasz Czarny, który prowadzi wydawnictwo Dom Horroru, zapytał, czy mógłbym coś dopisać do tytułowego tekstu. Zakładałem napisanie krótkiego opowiadania, a tymczasem wyszła z tego druga mikropowieść. Więc na 200 stronach Miasta i rzeki znajdziecie dwie mikropowieści, czyli właśnie Miasto i rzekę oraz Drogę zjednoczenia. Okładkę książki stworzył Andrzej Masianis. Myślę, że prace Masianisa zna każdy, kto choć trochę interesuje się najciemniejszymi rejonami współczesnej sztuki w Polsce.

2) W 2018 r., o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem (pewnie nie pójdzie), powinny trafić do was kolejne dwie pozycje, będące owocem sublimowania bądź wewnętrznej udręki, bądź potrzeby oddania hołdu klasykom. Pierwsza z nich to Dom wszystkich snów, czyli drugi po Powrocie zbiór opowiadań. Jest to dla mnie książka szczególnie ważna. Po pierwsze, wzięło ją (a w zasadzie - weźmie) pod skrzydła wydawnictwo Genius Creations. Po drugie, krótka forma zawsze była, jest i będzie moim priorytetem twórczym. Powrót był publikacją gęstą i trudną, ale też niszową. Tymczasem moim zamiarem jest dostarczenie czytelnikom książki, która Powrotowi nie będzie ustępować w niczym pod względem gęstości i złożoności.

Drugą z książek będzie - tym razem - powieść. Merkuriusz to kolejny projekt, rozpoczęty już ponad 4 lata temu. Tym razem koncepcja tekstu jest lżejsza i bardziej pastiszowa; odnosi się przede wszystkim do klasycznych utworów literatury grozy: Przygód Arthura Gordona Pyma z Nantucket Poego, The Night Land Hodgsona, tekstów Lovecrafta a także traktatów dot. teorii pustej Ziemi. Powieść zostanie wydania w serii "Odmienne stany grozy" wydawnictwa Phantom Books.

3) Zapomniałem napisać tutaj, a chyba powinienem: Nie ma wędrowca zostało uhonorowane Nagrodą im. Stefana Grabińskiego dla najlepszego polskiego horroru 2016 r. Dziękuję.

wtorek, 18 lipca 2017

Obumieranie ciekawości

Wydaje mi się, że straciliśmy – jako ludzie – ciekawość.

Mam wśród znajomych, dalszych i bliższych, osoby o krańcowo różnych poglądach. Od katolicko-narodowych po skrajnie lewicowe. Radykalnych pro-life z jednej i antynatalistów z drugiej. Sam oczywiście mam swój paradygmat, ale – jak sięgam pamięcią – nigdy nie miałem problemu, żeby rozmawiać, ba, przyjaźnić się z osobami, które znajdowały się „po drugiej stronie barykady”.

Niezależnie od tego, w jaką stronę dryfowały moje poglądy, zawsze interesowało mnie to, dlaczego ludzie myślą tak, jak myślą. Co sprawia, że wyrażają takie sądy, a nie inne. Jakie warunki spowodowały, że ich postrzeganie świata obrało taki, a nie inny kierunek. Jest to o tyle przydatne, że jeśli nauczy się rozpoznawać w innych ludziach źródła ich przekonań (bo wcale nie wybieramy sobie swoich poglądów), to wówczas lepiej rozumie się też źródła swoich własnych. To jest moment, kiedy zagląda się za kulisy ideologicznego spektaklu i odkrywa się pod kostiumami postaci scenicznych rzeczywiste osoby (przepraszam, byty – nie ma czegoś takiego jak osoba) ludzkie – aktorów wciśniętych w role. A takimi aktorami jesteśmy przecież wszyscy.

Wydaje mi się, że im mniej w człowieku ciekawości, im mniej dociekliwości, tym więcej w nim pogardy i tym samym skłonności do okrucieństwa. Ostatecznie, drapieżcy z reguły nie roztrząsają istoty swoich ofiar. Piszę to, ponieważ pomyślałem sobie, że coraz łatwiej przychodzi nam posługiwanie się językiem, który ciekawość i dociekliwość zabija. Ciekawość i dociekliwość obumierają w nas z każdym rzuconym w dyskusji „lewactwem” i „brunatnym bydłem”, „pedalstwem” i „kołtuństwem”, „moralną zgnilizną” i „ciemnogrodem” czy „moherem”, „szKODnikiem” i „UBywatelem” czy „PiSdą” (i tak dalej, sami wiecie). Ciekawość znika z każdym słowem, które drugiemu człowiekowi przyprawia gębę i pozwala zamknąć w szufladce, a wizję świata czyni spójną i klarowną. Te słowa, wbrew pozorom, nie niosą ze sobą pogardy w sposób bezpośredni. One pogardę indukują, ponieważ unieważniają pytania o ludzkie motywacje, tym samym redukując podmiotowość określanych nimi ludzi. Ale nie tylko dlatego. Niosą już w sobie gotową odpowiedź. Słowa, w których ukryte jest pytanie (ale nie poznawcze, lecz oskarżycielskie) oraz dowód i wyrok.

Tragizm sytuacji polega chyba na tym, że taki język jest wszystkim na rękę. Język, który scala w sobie pytania i odpowiedzi, jest bardzo praktyczny. W sytuacji, gdy trzeba (chce się) konsolidować zbiorowość, gdy trzeba (chce się) walczyć o uwagę, czy w ogóle w jakimkolwiek działaniu, które do zaistnienia potrzebuje jakiejś Wielkiej Różnicy, dzielenie włosa na czworo i empatia wobec wroga nie są najlepszą taktyką. Przyznanie, że podlega się takim samym mechanizmom jak adwersarze (różnica jest jedynie w charakterze i źródle manipulacji) wybija z ręki koronny argument, jakim jest Prawda (koniecznie z dużej litery). Najlepiej ujął to chyba Francis Ponge w eseju „My creative metod”, mówiąc:

Ani trochę nie jestem przekonany do słuszności słów, jakie zdarza mi się wypowiadać podczas dyskusji. Wypowiedzi przeciwne niemal zawsze wydają mi się równie prawomocne, a ściślej - ani bardziej ani mniej prawomocne. Łatwo mnie przekonać, łatwo zbić mnie z tropu. Gdy mówię, że łatwo mnie przekonać, to nie tyle do jakiejś prawdy, ile do kruchości mojej własnej opinii. Co więcej, wartość jakiejś idei rozpoznaję najczęściej po zapale, z jakim się ją przedstawia: im większy zapał, tym mniej wartościowa idea - i odwrotnie. Tonem przekonania mówimy, jak mi się zdaje, po to, by przekonać zarówno samych siebie, jak i przekonać interlokutora, a może wręcz po to, by zastąpić samo przekonanie, zastąpić poniekąd prawdę, której brak wypowiadanym słowom.


Czy tylko przekonanie, czy już Prawda – nie ma już aż tak dużego znaczenia. Ci, którzy są w nie wyposażeni, nie potrzebują już żadnej ciekawości. Wystarcza im broń i dobre okopy. Język pewności jest bowiem językiem wojny.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Kamienica panny Kluk (Damian Zdanowicz)

Choć z racji pewnej, nazwijmy to, etyki zawodowej, nie piszę nic o konkretnych twórcach współczesnego horroru literackiego w Polsce, tym razem muszę zrobić wyjątek.

W czerwcu, razem z kolejnym numerem „OkoLicy Strachu”, premierę będzie mieć Kamienica panny Kluk, debiutancki zbiór opowiadań Damiana Zdanowicza. Damian dostał szansę w ramach nowego projektu wydawniczego niezmordowanego Sebastiana Sokołowskiego, z czego bardzo się cieszę, z co najmniej dwóch powodów.

Po pierwsze i najważniejsze, zupełnie poważnie i szczerze uważam Damiana – którego prace już zdążyłem poznać – za najbardziej utalentowanego twórcę literatury grozy młodej generacji. Nie dość tego. Uważam Damiana za jednego z najzdolniejszych twórców literackiego horroru w Polsce w ogóle, już teraz. Do takiej opinii w pełni uprawnia mnie znajomość tego, co Damian napisał i proste porównanie z tym, co się w Polsce, w temacie horroru, ukazuje. Styl, tematyka, warsztat – wszystko to u Damiana pracuje na niesamowicie wysokim poziomie, wręcz zadziwiającym, jeśli spojrzy się na metrykę. Żeby było jasne: nikomu nic nie ujmuję. Niech to zestawienie odda sprawiedliwość talentom autora tego zbioru, zamiast umniejszać talentom innych.

Kamienica panny Kluk przynosi porcję wspaniałego, ligottiańskiego weird fiction/post-horroru, w którym równie ważne jak same upiorne historie, jest całościowe podejście do literatury jako narzędzia pozwalającego dokonać zarówno uniwersalnych diagnoz rzeczywistości, jak i autorskiej ekspresji. Na tym wszak polega dobre pisarstwo, by farbami z palety osobistych przeżyć i przemyśleń namalować spójny obraz świata. By z doświadczenia jednostkowego wyprowadzić refleksję ogólną.

Być może znajdą się czytelnicy, którzy Damiana będą krytykować za to, że jego opowiadania tak silnie tchną duchem naszego ulubieńca rodem z Detroit, że może za dużo w nich Ligottiego, a za mało Zdanowicza. Od razu uprzedzam, że to zarzuty powierzchowne. Pisarski idiolekt Zdanowicza jest w tych tekstach bardzo wyraźny i choć trudno nie zauważyć, kto tej prozie patronuje, to jednak mamy do czynienia z głosem samoświadomym, szukającym dla siebie najbardziej pojemnej, właściwej poetyki i świadomie czerpiącym z tych słowników, które skodyfikowały frazy zgodne z jego wewnętrznym rytmem i melodią. Są autorzy, w których pracach widać stylizację, pewną nieudolną sztuczność. Dla Zdanowicza język, którym się posługuje, jest zupełnie naturalny i właściwy. Echa, które w nim słychać, nie są prostackim papugowaniem, właściwym pisarzom, którzy zbyt szybko przyjęli za pewnik (i za usprawiedliwienie) porzekadło, że wszyscy od kogoś coś kopiujemy. One działają: poruszają może struny, które ktoś poruszył już wcześniej, ale robią to z podobną mocą i należytą subtelnością.

W poświęconym Nabokowowi eseju Tekstury snu W.G. Sebald stawia taką diagnozę: najznakomitsze ustępy jego prozy często wywołują wrażenie, że nasze poczynania w świecie są śledzone przez obcy, nieujęty w żadnej taksonomii gatunek, którego emisariusze niekiedy występują gościnnie w teatrze żywych. (…) Najłatwiej spotkać je we śnie (…) Ciche, markotne i smętne, z widomym trudem znoszą wykluczenie poza obręb społeczeństwa, toteż przeważnie (…) siedzą gdzieś z boku i z powagą wpatrują się w ziemię, jak gdyby śmierć była ciemną plamą albo hańbiącą tajemnicą rodzinną. Uwagę Sebalda o twórczości Nabokova przytaczam, ponieważ kiedy czytam opowiadania Damiana, który Nabokova ceni (tak, jak ceni go Ligotti), odnoszę właśnie to wrażenie: krępującej obecności, tych, których nie ma. Jak w cudownych Nawiedzeniach zmarłych.

Ten język, który bardziej maluje niż opowiada, tworzy sytuacje miast je relacjonować, który daje wrażenie dostępności do czegoś nader nieuchwytnego, nie do wypowiedzenia wprost, w swoich zorientowanych na przestrzenność metaforach odsyła do najlepszych psychotopografii, właściwych dojrzałemu weird fiction.

Kiedy pewien młody student metafizyki próbował zgłębić tajemnicę muzyki Ericha Zanna, wertykalne rozplanowanie podróży bohatera, wzwyż schodów starej kamienicy przy Rue d’Auseil, stawało się metaforą ciemnego wniebowstąpienia, ścieżką odwróconej gnozy, którą podąża umysł przeczuwający przerażający ogrom chaosu, otulającego fikcję ziemskiego ładu. Damian Zdanowicz na kartach swojego debiutanckiego zbioru wiele razy ewokuje w nas ten sam dreszcz, tę samą traumę bezkresu, w której doświadczamy numinotycznego wstrząsu. Jednak na końcu tego niemal religijnego doznania nie czeka żadne pocieszenie, żadna kojąca metafizyczna narracja. Jakże byłaby ona niestosowna! Ostatecznie, nie możemy przecież, niczym baron Münchhausen, wyciągnąć się z bagna za własne włosy. Sytuacja staje się wiec prawdziwie tragiczna i postaci Zdanowicza są tym tragizmem permanentnie przygniecione. Nawet jeśli jeszcze nie wiedzą, to przeczuwają – i to przeczucie prowadzi ich zazwyczaj ku jedynej możliwej konkluzji.

Tragizm w opowiadaniach Zdanowicza ma jeszcze jeden wymiar. Jest ślepy, bezosobowy i przerażająco ogólny. W jednym ze swoich najsłynniejszych zdań Samuel Beckett objaśniał: Tragedia nie opiera się na odpowiedzialności człowieka. Tragedia opowiada o ekspiacji. Ale nie o byle jakiej ekspiacji, spowodowanej naruszeniem nędznego kodeksu ułożonego przez lokajów dla szaleńców. Bohater tragiczny musi odcierpieć grzech pierworodny, własny i swoich socii malorum (towarzyszy nieszczęścia) grzech narodzin. Jan Błoński w eseju o pisarstwie Becketta wskazuje na doprowadzenie tragizmu do absolutnej granicy, do najgłębszego fundamentu. O ile bohater antyczny cierpiał przez winy popełnione nieświadomie (Edyp) bądź na rozkaz bogów (Orestes), o ile w tragedii szekspirowskiej wina rodzi się w człowieku, który nie potrafi przezwyciężyć własnych uwarunkowań, o tyle u Becketta wina tragiczna wynika z natury świata. Jego postaci nie popełniają czynów ani szlachetnych ani haniebnych – w zasadzie w ogóle niewiele czynią. Wspominam o tym, ponieważ w identycznym paradygmacie winy totalnej i przyrodzonej funkcjonują postaci na kartach opowiadań Damiana Zdanowicza. Nie uczyniły światu żadnego uchybienia, nie sprzeniewierzyły się żadnym jego zasadom. Nie wystąpiły przeciwko swojemu środowisku, nie złamały żadnych wewnętrznych bądź zewnętrznych norm. Po prostu są i to jest wystarczającym powodem, by doświadczyć cierpienia generowanego przez nie dającą się ukoić zgrozę. Urodzili się i to ich zgubiło – można znów powtórzyć za Beckettem.

Jak przystało na pesymistyczne weird fiction, jeżeli te psychotopograficzne ścieżki mają jakiś soteriologiczny cel, jeżeli możemy jakkolwiek odkupić niezawiniony grzech zaistnienia, to rezultatem tej naszej ekspiacji nie będzie jedność, ale nicość. Czerń. Otchłań, która łakomym spojrzeniem odpowiada na nasze spojrzenia – pełne lęku. Otchłań, która czeka na ostatnim piętrze kamienicy panny Kluk.

Damian Zdanowicz, mimo nader młodego wieku, jest już bardzo świadomym i warsztatowo biegłym twórcą, który odnajduje się w najbardziej wymagającej – oczywiście, moim zdaniem– odmianie literatury grozy. Drugą przyczyną wyrażanego w tym tekście entuzjazmu z powodu ukazania się Kamienicy panny Kluk jest moje własne doświadczenie. Wiem, nader dobrze, jak trudne jest zadebiutowanie książką na niszowym rynku, jakim jest rynek literatury grozy w Polsce, zwłaszcza jeśli tworzy się teksty trudniejsze w odbiorze, odwołujące się do zupełnie innych modeli horroru niż te, które zapewniają satysfakcję księgowym w wydawnictwach. Piszę o tym, ponieważ twórczość Damiana nie dla każdego będzie przystępna. Wymaga nie tylko wrażliwości na rytm i melodię słowa, upodobania do złożonej, poetyckiej frazy, ale także pewnej znajomości kontekstów literackich i filozoficznych. To cecha każdej dobrej literatury, choć niekoniecznie cecha literatury poczytnej. Dlatego decyzję Sebastiana Sokołowskiego, by serię „Odmienne stany grozy” zacząć właśnie od debiutanckiego zbioru Zdanowicza, uważam za wręcz heroiczną. Choć – biorąc pod uwagę kosmicznie wysoką jakość tego zbioru – bardzo słuszną. I dającą nadzieję, że młodzi, utalentowani twórcy, którzy niekoniecznie chcą się obracać w zbiorach inspiracji między Kingiem a Mastertonem, w tym całym irytująco zużytym repozytorium współczesnego horroru, który wciąż próbuje opowiadać naiwną bajkę z morałem, będą mieć swoje stałe miejsce na rynku wydawniczym. Choćby było to miejsce poza obiegiem dużych sieci księgarskich.

„OkoLica Strachu” to obecnie najlepsze medium dla kultury grozy w Polsce. Magazyn, który w stosunkowo krótkim czasie zbudował – mimo tego, że nie stoi za nim wielki budżet i wydawca o silnej pozycji – bardzo dobrą reputację. Rozszerzenie pola działania kwartalnika o pełnowymiarową prezentację autorów, co do których jestem pewien, że za kilka lat będą stanowić o obliczu literackiego horroru w Polsce, jest działaniem jak mało które zasługującym na wsparcie.

Jeżeli potrzebujecie jeszcze jakiegoś argumentu, by sięgnąć po Kamienicę panny Kluk i nie przekonuje was, że to po prostu świetna literatura, którą warto poznać niezależnie od upodobań w konwencjach, to powiem wam, że te opowiadania są nie tylko kawałkiem wyrafinowanej, artystycznej prozy dotykającej spraw najgłębszych. Są też cholernie przerażające, choć oczywiście każdego straszy co innego. Jeżeli rusza was już tylko gwałcenie nieboszczyków i obdzieranie ze skóry, wyobraźnię mile łechcą jedynie plugawe rytuały i demoniczne inkantacje, a bez stosu zwłok, zombie, wampira albo w najgorszym razie psychopaty oraz perwersyjnego seksu i wiadra krwi nie ma dobrego horroru, to sobie Kamienicę panny Kluk odpuśćcie. Zrobicie krzywdę sobie i autorowi. Możecie sobie poczytać dowolną z tysięcy już napisanych książek, które bardziej zaspokoją wasze oczekiwania. Ale jeśli wasz lęk jest ukierunkowany bardziej w stronę metafizycznych aspektów naszej obecności w tym rzekomo najlepszym ze światów, jeżeli przemawiają do was oniryczne pejzaże wywiedzione z koszmarów sennych, to nie mogliście trafić lepiej. Przy tytułowym opowiadaniu, ale także przy Zbierali się w piwnicy tego budynku wieczorami, przy nocnych telefonach od ludzkich (?) widm w obłędnym tryptyku Dzwonią do mnie zawsze po północy i innych perełkach z tego tomiku zmiękną wam kolana. Mi zmiękły, choć jestem z natury odporny na grozę literacką. Wszak wszystkich nas przeraża ciemność, wszyscy boimy się deformującej przestrzeni, której konkretność ulatuje w pustkę. A ciemności, która czai się w nas, która powoli pochłania nasze życia, boimy się najbardziej. Tak bardzo, że nie ma takiego obłędu, w jaki nie spróbujemy przed nią uciec. Już dawno nikt w Polsce nie opisał jej tak przenikliwie i poruszająco jak Damian Zdanowicz.