wtorek, 18 sierpnia 2020

Zaprzepaszczenie / ukrycie

Wyhodować w sobie złudzenie, dać mu wyrosnąć w uczucie, dać mu wyrosnąć w nadzieję i oczekiwanie - w cały obraz życia, które może nabrać znaczenia. Jakby w nadziei na to, że wreszcie, wreszcie wszystkie elementy układanki, tak zawsze nieprzystające do świata, znajdą się na swoim miejscu.

Bo przecież, kiedy wszystko upada, kiedy świat wokół wali się w gruzy, człowiek niczego tak nie potrzebuje, jak widoku z własnej celi na zielony ogród. Potrzebuje tak bardzo, że z drobiazgów, z ziaren piasku, wzniesie sobie wielką konstrukcję i codziennie będzie próbował w życiu, w każdej godzinie, dopatrzeć się zgodności tego wyobrażenia z realnością. Jakby w wyobrażeniu - okłamując się, że nie jest wyobrażeniem - szukał dla tej realności ocalenia.

A potem nagle otwierają się oczy. Wzrastają mury. Wszystko wraca. Tak, jak było. Wycieczka zakończona, te wszystkie piękne potencjalne krajobrazy, które widzieli państwo przez szybę, prosimy zachować w pamięci. Ale nie przykładać do nich wagi. Nigdy nie miały znaczenia. To było tylko złudzenie. Gdyby spróbowali państwo wysiąść i ku nim podążyć, dopiero stałaby się katastrofa.

Dlaczego piszę nie wprost, dlaczego uciekam się do metafor? Być może dlatego, że zżera mnie wstyd. Ten sam wstyd każdej nocy nie pozwala mi spać, zaś każdego dnia nakazuje mi udawać, że wszystko jest w porządku. Zżera mnie żal. Mówię metaforami, bo powiedzieć wprost o własnej klęsce - wiary w złudzenie, w nadinterpretację, w projekcję - to powiedzieć wprost o własnej beznadziei. O tym, że mimo przeżytych dekad i masy doświadczeń człowiek znów okazał się ofiarą samego siebie, wmówionych sobie kłamstw - wmówionych po to, żeby dodać tej szarości istnienia coś ponad nią, coś więcej. Ale powiedzieć o tym wprost, to przyznać też, że szukanie wartości, wywiedzione z kłamstwa, jakim jest nadzieja, okazuje się wartości destrukcją. O tym, jak podążanie za złudzeniem zaprowadziło mnie na ziemię niczyją. Jest mi wstyd, to boli. Nawet teraz nie potrafię powiedzieć wprost, choć wiem, że prawie nikt tego nie przeczyta, a jeśli przeczyta, to nie zrozumie - bo przecież pisząc swoją rozpacz nie napisałem nic.

Gdzie i kiedy zrobiłem błąd, jaka słabość mnie do tego przywiodły, jaki ból, jaki głód?

niedziela, 2 sierpnia 2020

Terapia

Wyszarpywanie z siebie wszystkiego, co niewłaściwe, obrzynanie każdej gałązki ułudy, wyrywanie z korzeniami każdego wmówionego sobie oszustwa, zabijanie w sobie każdej pustej nadziei.

poniedziałek, 20 lipca 2020

Zamiast

Niektórzy ludzie mają słowo, Boga lub drugiego człowieka, i tak na nim potrafią się oprzeć i iść, jak o lasce.

Nie wiem, jak to. Ja mam tylko dwie nogi - o miękkich kolanach - i dwie ręce, którymi czasami - pijany - trzymam się ścian. Zamiast laski sznur. Zamiast słowa wstyd.

niedziela, 12 lipca 2020

Festiwal nieporozumień

Choćbyś wydobył, choćbyś wyrwał całe dobro z siebie, oczyścił z brudu, nie będą go ani chcieli ani potrzebowali ci, którym zechcesz je ofiarować.

Tym, którzy będą go pragnęli, którzy będą go potrzebowali - tych nie dostrzeżesz albo nie będziesz chcieć oddać im tego, co uważasz za cenne.

Ci, dla których wyrywasz z siebie słowa, nie usłyszą ich albo nie zrozumieją. Albo nigdy nie będą ich one obchodzić.

Ci, którzy cię usłyszą, pokiwają głowami i pójdą dalej. Bo to przecież tylko słowa, takie same jak niezliczone, inne słowa, które padały i rozpraszały się wcześniej, z innych ust, w innych okolicznościach.

Jak pchli targ, na którym handlują ślepi i głusi. Jak komedia tragicznych omyłek, jak festiwal nieporozumień.

czwartek, 11 czerwca 2020

Niż koniec świata

Jak mógłby wyglądać koniec świata? Być może mógłby wyglądać jak bezczynnie stojący za ladą sprzedawca w stojącym na uboczu sklepie, do którego nikt już nie zagląda. Albo jak błąkający się po lesie człowiek; krążący wśród drzew, jakby mogły mu one coś doradzić, podpowiedzieć. Jak ktoś stojący w zepsutym samochodzie na poboczu nie uczęszczanej drogi. Jak wszyscy ludzie, którzy zapomnieli słów albo śmiałości, by je wypowiedzieć, jakby się bali, że mówiąc spowodują kataklizm gorszy niż koniec świata.

A może jak sufit w kolejną bezsenną noc, jak wyludnione miasto, jak pusty pokój. Jak beton zalewający pastwisko, jak niedokończony dom, jak niedoistnienie. Jak rzeczy, sprawy i miejsca, których nie da się porzucić, z których nie można zrezygnować, od których nie da się uciec i o których nie da się zapomnieć, żeby nie spowodować kataklizmu znacznie gorszego niż koniec świata.

Przy końcu świata nie będzie przecież głośno, nie będzie słów ani wrzasków. Będzie tylko szum drzew, wiatr. Może to dobrze. Cokolwiek innego niż cisza byłoby kataklizmem znacznie, znacznie gorszym niż koniec świata.

niedziela, 31 maja 2020

Echo

Powiedziała mi kiedyś, że chciałaby usłyszeć echo Wielkiego Wybuchu. Choć trochę poczuć ten pierwszy huk, o ile był wówczas jakiś huk. Nadstawić uszu - powiedziała - wniknąć w świat, żeby to usłyszeć, to już chyba niemożliwe. Najpotężniejszy odgłos w dziejach Wszechświata może mknie jeszcze, poszerzając jego granice, ale my już go nie dosięgniemy. Nie poczujemy tej mocy. Mikrofalowe promieniowanie tła to przecież zupełna abstrakcja.

Mówię, nadstaw uszu. Posłuchaj, jak płacze dziecko. Posłuchaj, jak wyje pies. Nocą wsłuchaj się w ciemność, w pijackie krzyki, w telewizji posłuchaj głosów ludzi z terenów ogarniętych wojną, pogorzelców, powodzian, posłuchaj ciężkich oddechów ludzi samotnych, nieszczęśliwie zakochanych, wsłuchaj się w kaszel chorego na raka płuc, w pulsujący dźwięk respiratora, w karetkę pogotowia, w żałobną pieśń. W głos matki, która musi pochować swoje dziecko, w głos dziecka, które grzebie swoich rodziców.

We wrzaski tłumu, w awanturę w sąsiednim mieszkaniu. W pisk hamulców zakończony głuchym dźwiękiem uderzenia.

Albo w milczenie tych, dla których żaden dźwięk nie jest adekwatny. Tych, którzy nie mają własnego języka, więc mogą tylko milczeć.

Ale też w szum drzew, w deszcz, w morze albo rzekę, w wiatr w górach. One wszystkie tak bardzo się między sobą różnią, są tak inne, a przecież pochodzą z jednego źródła.

Tam wszędzie usłyszysz echo pierwszego, Wielkiego Wybuchu.

piątek, 29 maja 2020

Ćwiczenia w milczeniu

Ćwiczę się w milczeniu, usiłuję znaleźć najlepszą jego metodę. To trochę jak zawody: ile udźwigniesz zdarzeń i ludzi, zanim zaczniesz krzyczeć. To trochę jak zabawa w zapychanie dziur w nieszczelnym batyskafie: ile batyskaf zniesie ciśnienia, ile ciśnienia zniosą palce, plastelina, cement czy kit, zanim woda je pokona i uwolni ze środka całe powietrze. Taki, można powiedzieć, sport. Być może tak do tego trzeba podejść.

Jest całkiem sporo dobrych metod milczenia, warto wypróbować te mniej trywialne niż pospolite trzymanie gęby na kłódkę. Jedną z najlepszych są słowa; o tak, słowa mogą pomieścić bardzo dużo milczenia. Milczenie słowami stwarza wielkie możliwości: zagadywanie nie na temat albo nakładanie na słowa kagańca (albo deformującego makijażu) mętnych metafor. Prawdziwe pole do popisu dla kreatywności.

Jeśli jest to sport, jeśli tak do tego trzeba podejść, to jednak trzeba przyznać, że jest dość paradoksalny: wszelka skuteczność w nim jest napędzana wewnętrznym, podświadomym pragnieniem niepowowodzenia. Tak, jakby ciężarowiec pragnął ulec sztandze, jakby nurek w batyskafie nie mógł doczekać się wody. Być może jest tak dlatego, że gry w milczenie nie da się wygrać: klęska jest porażką, to oczywiste, ale porażką zawsze – przede wszystkim – będzie sukces.

Jedyne, co pozostaje, to dalej się ćwiczyć.

piątek, 17 stycznia 2020

Dom wszystkich snów

22 maja ukaże się, nakładem Wydawnictwa Literate, moja czwarta książka, Dom wszystkich snów, którą już tu chyba nieśmiało zapowiadałem. W końcu słowo stało się (staje) ciałem. Będzie to pod względem rozmiarów największa książka mojego autorstwa, ale - mam nadzieję - mimo tych 400 stron, udało się uniknąć lania wody. W związku z zamknięciem prac redakcyjnych, zaktualizowałem wykaz utworów na podstronie.

poniedziałek, 7 października 2019

O krwi

Bardzo długo gryzłem się w język i bardzo mocno. Teraz krew w każdym słowie.

A przecież – uczono mnie – trzeba uregulować koryto, którym płynie ta rzeka, trzeba postawić betonowe płyty na brzegach, by strumień był wartki i przejrzysty. Więc nauczyłem się mówić tak, żeby w tym czerwonym bulgotaniu, w tym mieleniu zmasakrowanego języka obijającego się o poczerniałe od skrzepów zęby i wargi, dało się rozpoznać słowa.

I to jest właśnie to, co wszyscy słyszą: słowa.

Więc mówią: to nic innego niż słowa. Jak bańki mydlane: nie zostaje po nich nic.

A ja mówię: to nic innego niż krew. Zostaje po niej brunatniejący ślad, czasami czarna grudka, czasami zapach żelaza.

O technice, o pisaniu

Czasami zdarza się, że ktoś zapyta mnie o „sprawy warsztatowe” związane z pisaniem albo robieniem zdjęć. Czuję się wówczas bardzo dziwnie, tak jakbym próbując objaśnić dlaczego (i jak) coś zrobiłem, trafiał na mur: rzeczy, które mówię nie odnoszą się do istoty tego, o czym chciałbym powiedzieć.

Rozmowa o zdjęciach najbardziej to uwidacznia, ponieważ o wiele szybciej schodzi na sprawy czysto techniczne. Mówimy o ekspozycji, prędkości migawki, ogniskowej, ISO, temperaturze, kompozycji kadru itd. tak jakby to dziwaczne wrażenie, które mam gdy na coś patrzę i które zmusza mnie do zrobienia zdjęcia i próby wydobycia istoty tego wrażenia w procesie obróbki dało zamknąć się w szeregu pojęć rozpisanych przy pomocy wartości liczbowych, ponieważ fotografia w swoim wymiarze technicznym to w zasadzie czysta matematyka. A tak przecież nie jest, a przynajmniej nie do końca: próbuję wyartykułować jakąś myśl i kluczę, meandruję, ślizgam się po temacie, ale nie potrafię powiedzieć dlaczego uważam jakieś zdjęcie za udane albo dlaczego coś w nim do mnie przemawia (nawet jeśli technicznie nie jest całkiem poprawne). Tekstura? Plastyka? Ale dlaczego taka tekstura, dlaczego taka plastyka? Im mocniej próbuję powiedzieć o czymś, co jest we mnie, co powstaje we mnie gdy na coś patrzę, tym bardziej ten przedmiot mi umyka.

Podobnie jest z pisaniem. Niewiele rzeczy tak mnie denerwuje jak idea „kreatywnego pisania” (pomijam już absurdalność tego sformułowania, bo to temat na osobny tekst), w której jest coś ze sprowadzania literatury do poziomu algorytmów, których użycie na czytelniku przynosi określone efekty. Mogę myśleć i mówić o ideach, o sądach zawartych w tekście, o postawionych w nim pytaniach, mogę rozmawiać o światopoglądzie pisarza i próbować ustosunkować się do tego, co chciał mi powiedzieć, mogę odnieść się do jego wrażliwości, ale kiedy rozmowa schodzi na temat kuchni, zaczynam czuć, że tak naprawdę tracimy coś, co jest sednem całej sprawy. Że to, co jest w niej najważniejsze (o wiele ważniejsze – jak sądzę – od komfortowego zabijania czasu) zostaje obudowane murem ze słów albo zepchnięte gdzieś na margines.

Wydaje mi się zresztą (może tylko się wydaje – nie upieram się), że jest to pewna poznawcza i emocjonalna krzywda, którą wyrządza nam literatura typowo rozrywkowa. Chcemy być wodzeni za nos, oczekujemy zaskoczenia, pragniemy immersji (modne słowo) i zagadki, którą rozwiążemy z bohaterem. Żądamy przygody. Chcemy miło spędzić czas, odprężyć się. Jest w tym ukierunkowaniu na własną, doraźną korzyść jednoczesne zamknięcie na coś, co tak naprawdę w czytaniu jest najpiękniejsze: dialog i otwarcie się na innego człowieka, na jego wrażliwość i doświadczenie, które popchnęły go do pisania.

Daje się to zauważyć podczas czytania znakomitej większości internetowych recenzji. Na ogół można je sprowadzić do sformułowań takich jak „bawiłem się dobrze/źle”, „porwało mnie/nie porwało”, „było fajne / było nudne”, „fajna / niefajna historia”. I pewnie ta redukcja jest możliwa właśnie dlatego, że często tego typu książki nic ponad to nie oferują: nawet nic, z czym można byłoby się nie zgodzić. Ale to tylko jeden wymiar problemu. Drugim jest odbiorca, dla którego wszystko zostaje sprowadzone do skutecznej albo nieskutecznej realizacji algorytmów frajdy, która może jest przyjemna, ale jednak dość prymitywna.

To podejście okalecza wrażliwość: czytam później opinie o różnych książkach, na przykład „Lodzie” Anny Kavan i nie dostrzegam żadnego zdania o tym, jak w tej powieści zamknęło się jakieś paraliżujące, straszliwe doświadczenie egzystencjalne (Utrata dwójki dzieci? Wojna? Uzależnienie od heroiny?), które potrzebowało tak dziwacznej formy, by zostać wyartykułowane. Widzę natomiast opinie typu: „bełkot”, „bez sensu”, „szkoda czasu”. Rzecz niewspółczesna, napisana bez wykorzystania narzędzi realizacji zabawy, napisana – jak sądzę – bez ukierunkowania na komfort odbiorcy zostaje odrzucona. Tak dokonuje się coś przygnębiającego: ludzkie doświadczenie trafia do emocjonalnego kosza. Nie potrzeba go, nie widać go. A przecież najlepiej ujął to Cioran, zadając pytanie o to, ile jest warta literatura inna niż ta, którą człowiek pisze, żeby nie musiał wyć (cytuję bardzo niedokładnie, bo nie mam książki przy sobie).