poniedziałek, 14 listopada 2011

Wymazywanie, czyli Ostatni Epos (Celine Minard – “Ostatni Świat”)

Dawno nie spotkałem książki, której marketingowcy zrobili by tak dużą krzywdę szufladkowaniem. „Porównywana do tak głośnych książek jak „Powrót z gwiazd” Lema czy „Planeta Małp” Boulle’a ” – możemy przeczytać na okładce. A bujda na resorach. Czytelnik s-f „Ostatni świat” odłoży pewnie już po kilku pierwszych stronach, na których dowiemy się, że stacja kosmiczna jest w całości zasilana fotoogniwami, na stacji śmierdzi, bo odchody zamarzają w rurach, a tlen pozyskuje się z uryny. I gdzie tu drobiazgowość Lema? Tymczasem odłożenie na półkę książki w takim momencie byłoby… niewłaściwe, albowiem „Ostatni Świat” to nie jest i nie miało być s-f, a cały kosmiczny sztafaż pierwszych rozdziałów został potraktowany przez autorkę wybitnie pretekstowo.

Kolejną szufladką, w jaką usiłowano wepchnąć powieść Francuzki to zawsze modny nurt post-apo. Niby wszystko się zgadza: Jaume Roiq Stevens z okien swojej stacji orbitalnej obserwuje dziwne zjawiska na powierzchni planety, a kiedy wraca na Ziemię, z przerażeniem odkrywa, że ludzie gdzieś zniknęli. Po ulicach walają się puste ubrania, samochody stoją porzucone, lotniska zaścielają wraki samolotów, które spadły w jednej chwili. Przemierzając opustoszałe miasta, do których wprowadzają się powoli zwierzęta, Stevens odkrywa dość makabryczne zapisy video z monitoringów centrów handlowych, na których uwieczniony został moment Zniknięcia. Krótki błysk i było już po wszystkim. I tutaj znana nam post-apokalipsa się kończy, a powieść skręca w rejony zupełnie inne.



Dlaczego ludzie zniknęli? W jaki sposób? Za czyją sprawą? Nie wiadomo. Po prostu stało się i już. Stevens, w przeciwieństwie do innych bohaterów spod znaku „ostatni człowiek na ziemi” zdając sobie ostatecznie sprawę ze swojego położenia, wyrusza w podróż przez kontynenty, by dokończyć to, co zostało zapoczątkowane dziwnym zjawiskiem i naprawić to, co ludzka cywilizacja zdążyła zepsuć przez tysiąclecia swojego panowania.

Ponieważ nie ocalało już nic ludzkiego poza ruinami i językiem a człowieczeństwo można odnaleźć tylko w języku, Stevens powołuje do życia towarzyszy, którzy wraz z nim będą przemierzać opuszczoną planetę. Wymyśleni przez Stevensa bohaterowie toczą z nim dysputy, kłócą się, pomagają, a z czasem – sami przejmują role narratorów tej dziwnej opowieści, z ironią komentując poczynania swojego demiurga. Jednocześnie ten dziwny kwartet, podróżując przez świat, ożywia po raz ostatni w swoim języku, w swojej ekstazie ostateczności tradycje ziemskich kultur, wcielając się w minione bóstwa, przybierając atrybuty mitycznych postaci i herosów, nadając cechy ludzkie i boskie zwierzętom i zjawiskom przyrody, reanimując na jeszcze jeden moment zabytki poezji i strzępy filozofii. Język mitów, czy też bardziej precyzyjnie - wyobraźnia mityczna - staje się pryzmatem postrzegania ich poczynań, które w ustach Stevensa, Lawsona, Waterfulla i Echampson awansują do rangi ostatniego eposu, klamry spinającej historię człowieka, wszystkie jej rozgałęzienia i meandry. Na naszych oczach wykuwa się jeszcze jeden mit, mit uniwersalny, tak jak uniwersalna była zagłada, która wszystko unieważniła.

Co bowiem pozostaje oprócz języka i mitu, dla którego język stworzono? Co zostaje oprócz opowieści, która stwarza i objaśnia światy? Pustka, ruiny, plastikowe torby z jednej strony, a także wszechogarniająca entropia i frenetyczne dionizje przyrody z drugiej. Niewinność, która ostatecznie okazuje się nie być niczym innym niż nieświadomym siebie okrucieństwem.

Czytanie „Ostatniego świata” jako kolejnej powieści postapokaliptycznej będzie dla czytelnika dużym rozczarowaniem – choć klimat jest obłędnie przytłaczający. Bliżej jest powieści Minard raczej do „Anny In w grobowcach świata” Tokarczuk niż do któregokolwiek wariantu historii opowiedzianej w książkach typu „Jestem Legendą” Mathesona.

Celine Minard "Ostatni Świat", przeł. Joanna Polachowska. Wyd. Albatros 2011

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz